Polecany post

Reaktywacja

Kim jestem? Korpoludkiem od kilku lat amatorsko uprawiającym sport. Aktywność fizyczna pozwala mi nie zwariować, uwalnia od stresu i frustr...

środa, 20 września 2017

Trening grupowy

Zawsze lubiłam treningi grupowe, szczególnie zajęcia typu fitness, w których ćwiczenia wykonuje się w rytm muzyki.
W zeszłym tygodniu z powodu odwołania zajęć trx trafiłam na trening interwałowy. Byłam już kiedyś na takim i bardzo mi się podobało. Niestety tym razem było zastępstwo.
Podczas rozgrzewki instruktorka w połowie frazy zmieniała ćwiczenie, na przykład ze step touch na step back. W ogóle całe rozliczanie było poza frazą i czasem jakby nawet poza muzyką.
Interwały były różnej długości, a wystarczyło ściągnąć sobie jakąś aplikację na telefon i byłoby po bólu. Pierwszy raz spotkałam się z tym, że ktoś próbuje robić interwały w rytm muzyki. To się raczej mija z celem.
Pani instruktor bardzo niechlujnie wykonywała ćwiczenia, no może poza brzuszkami. "Będziemy ćwiczyć górę, dół i boki"... zdecydowanie lepiej brzmi dolna partia brzucha albo mięśnie skośne...
Nawet sie nie spociłam i w myślach pogratulowałam sobie tego, że poprzedniego dnia zrobiłam interwały na bieżni - 5 x 400m.
Cóż nie każdy jest powołany do tego, żeby być instruktorem fitness. Nie lubię fuszery i zanim następnym razem pójdę na taki trening, upewnię się kto prowadzi zajęcia.

Kinga

poniedziałek, 4 września 2017

Kraków Business Run

Dwa razy z rzędu organizowałam udział w tym biegu dla kolegów z firmy i w końcu samej udało mi się w nim wystartować. Tym razem nie kolidował z żadnymi innymi zawodami.
Nie nastawiałam się na jakiś konkretny wynik, bo biegi na krótkich dystansach nigdy nie były moją mocną stroną. Jestem bardzo zadowolona  z tego, co udało mi się osiągnąć - 3,9 km w czasie 00:18:12 h.



Myślę, że mogłam jeszcze trochę przycisnąć, ale po kilkumiesięcznej przerwie w bieganiu po prostu na nowo odkrywam możliwości mojego organizmu na krótkich i długich dystansach. Z treningami jest różnie, raz się uda, a raz nie i właśnie dlatego do tej pory nie zakładałam sobie jakiegoś konkretnego celu. Z tym czekam na dwa kolejne biegi - chcę spróbować pobić życiówki na 10 km w Biegu o Puchar Newagu w Nowym Sączu i na dystansie półmaratonu w Krakowie. Zobaczymy, czy się uda.
Dziś było w planie nieco dłuższe wybieganie i stanęło na prawie 12 km, czyli całkiem nieźle.
Wracając jeszcze do Kraków Business Run, to wydawało mi się, że jest to bieg organizowany po to, aby wyrwać z krzeseł pracowników różnych firm i urzędów, dać im szansę rywalizacji w zdrowej sportowej atmosferze, a przy okazji zebrać pieniądze na szlachetny cel. Ale w Krakowie wystawia się na start zawodowych lekkoatletów i w ten sposób korpoludki, urzędnicy i tym podobne biegające ludki mogą jedynie pomarzyć o podium. Brałam udział w biegu o podobnym charakterze w Niemczech i tam naprawdę rywalizują ze sobą tylko amatorzy sportu. Szkoda, że w Krakowie tak się nie da, ale to w tym mieście raczej standard...

Kinga

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Perły Małopolski Zawoja - 27 sierpnia 2017

Kolejny bieg zaliczony, tym razem wcale niełatwa trasa w Zawoi. Niby nie dużo, bo 13 kilometrów z hakiem, a jednak dały się we znaki... Profil trasy widziałam jeszcze przed startem i byłam psychicznie przygotowana na dwa podbiegi. Nieco gorzej było z przygotowaniem fizycznym, ale o tym za chwilę.


Pogoda dopisała, choć jak dla mnie było ciut za gorąco. Atmosfera na starcie jak zwykle pierwszorzędna. Spotkałam kilku znajomych z klubu, w którym kiedyś trenowałam.
Ustawiłam się blisko linii startu, razem z bratem i znajomym. Tym razem ruszyliśmy punktualnie, o dziwo, bo na Perłach jest zazwyczaj kilkuminutowa obsuwa. Narzuciłam sobie dość mocne tempo, ale mój organizm szybko ostudził moje zapędy. Około trzeciego kilometra zaczęły mnie boleć łydki. Były bardzo spięte i zastanawiałam się, czy nie zdjąć skarpet kompresyjnych. Myślę, że mój problem z łydkami wynika z tego, że nie trenuję podbiegów i na dłuższym dystansie mięśnie nie dają rady. Z tego wynika, że trzeba coś zmienić w treningach. Około piątego kilometra zaczęło mi się robić słabo i miałam mroczki przed oczami. O podbieganiu nie było mowy, to nie był nawet marsz, ale raczej próba przetrwania i walka z głową. Zastanawiałam się, czy ktoś obok widzi, co się ze mną dzieje i że zaraz zemdleję. Nikt nie zauważył, więc albo dobrze gram, albo jednak nie było ze mną aż tak źle... Jakimś cudem straczyło mi energii, żeby dotrzeć na szczyt. Chwilę pomaszerowałam i zaczęłam znowu biec, aż do stacji z wodą. Tam zjadłam batona i poczułam nagły przywływ energii. Właśnie tak działa cukier. Przebiegłam dość długi kawałek, aż do następnego podbiegu, który pokonałam energicznym marszem. A potem było już z górki. Znajomy, z którym startowałam podbiegł kilkaset metrów, żeby mnie wesprzeć na finiszu. Dziękuję Janusz, Twój uśmiech zawsze dodaje sił.
Ponownie przekonałam się o tym, jak ważne są odpowiednie treningi i dieta. Muszę nad tym popracować, szczególnie nad dietą, bo się ostatnio zaniedbywałam.
Mała uwaga do organizatora... jedna stacja z wodą na 13-kilometrowym odcinku przy takich warunkach pogodowych to jednak trochę za mało. Polecam przyjrzeć się, jak podobne zawody organizują inne kluby, na przykład Limanowski Forrest.
Tym razem jestem zadowolona z mojego wyniku - 1:50:20 h na dystnsie 13,2 km. Najważniejsze jest to, że znowu poczułam radość z biegania i mam motywację, żeby dalej trenować. Przez jakiś czas miałam wątpliwości, czy to w ogóle ma sens i czy kiedykolwiek wrócę do formy. Teraz wiem, że to możliwe. Muszę tylko zmienić mój tok myślenia z "nie dam rady" na "wszystko jest możliwe".


Kolejny start już w niedzielę - Kraków Business Run. Spróbuję moich sił w sztafecie i mam nadzieję, że nie zawiodę kolegów ;)

Kinga

wtorek, 4 lipca 2017

IX Bieg Górski Limanowa Forrest

To jeden z trudniejszych, moim zdaniem, biegów krótkodystansowych - choćby ze względu na profil trasy.




Specyfika Forresta polega na tym, że po starcie około pół kilometra biegnie się asfaltem, po zupełnie płaskim terenie, a potem zaczyna się długi, około dwu i pół kilometrowy podbieg.  Druga część trasy jest z kolei w dół i tutaj przydaje się umiejętność zbiegania. Może właśnie dlatego ten bieg aż tak bardzo daje się we znaki. Dziś najbardziej czuję mięśnie czworogłowe, a naprężacz powiezi szerokiej aż woła o rolowanie.
Mam wrażenie, że w tym roku każdy mój start będzie walką o przetrwanie i dotarcie do mety. Tym razem winy za kiepską formę nie mogę zwalić na nieprzespaną noc. Za mało biegam i nie mam czasu na to, żeby odbudować wydolność. Na dodatek miałam problem z dietą i to był chyba "gwóźdź do trumny".
Dobiegłam do mety, a jakże, i to z uśmiechem na twarzy, ale sporo mnie to kosztowało. Podbieg był dla mnie w tym roku katastrofą i suma sumarum miałam o ponad pięć minut gorszy czas niż ten sprzed dwóch lat. Tym razem pogoda była idealna na zrobienie życiówki, a dwa lata temu z nieba lał się niemiłosierny żar.
Od wczoraj ostro wzięłam się za swoją dietę, bo niedojadanie nie doprowadzi do niczego dobrego. Stres stresem, ale jeść trzeba. Na szczęście ma mnie kto pilnować, więc myślę że szybko wrócę na właściwe tory.
Bardzo liczę na to, że mimo wszystko następnym razem będę mogła napisać o adrenalinie, rywalizacji i motywacji... jak za dawnych dobrych czasów...
Tymczasem muszę wykorzystać każdą wolną chwilę i biegać. Przede wszystkim muszę wydłużyć dystans i zacząć ćwiczyć siłe biegową, na przykład robiąc interwały na bieżni.
Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Najważniejsze, żeby się nie poddawać, bo jest o co powalczyć - satysfakcję na mecie.


Kinga

sobota, 17 czerwca 2017

Perły Małopolski Wapienne - 11 czerwca 2017

Pierwszy raz w życiu miałam wątpliwości, czy dotrę do mety. Psychicznie nastawiłam się na trzy pętle, a w rzeczywistości były dwie i to mi chyba uratowało życie. Nikomu nie polecam startowania w jakichkolwiek zawodach po nieprzespanej nocy, nawet jeśli się nie nastawia na wynik. U mnie kryzys gonił kryzys. Początkowo trasa biegła asfaltem, słońce dość mocno przyświecało i dało mi się we znaki. Pierwszy podbieg był bardzo długi i byłam zadowolona, kiedy wybiegłam na prostą. To nie zmienia faktu, że kiedy dobiegłam do miejsca, w którym zaczynała się druga pętla, konałam ze zmęczenia. Miałam ochotę mordować i byłam na siebie zła za moją głupotę. Nie dość, że w nocy nie zmrużyłam oka, to na dodatek nie byłam kondycyjnie przygotowana do takich podbiegów. Drugi mnie prawie załatwił i wiedziałam, że mam marne szanse na zrobienie trzeciej pętli. Po wybiegnięciu na prostą posłuszeństwa zaczęły odmawiać mięśnie. Pokutował brak wybiegania na dłuższych dystansach. Musiałam maszerować tam, gdzie w normalnych okolicznościach mogłabym biec. I tak kilka kilometrów na zmianę szłam i biegłam. Gdzieś około 9 kilometra zrozumiałam, że nie ma trzeciej pętli. Nadal biegliśmy grzbietem góry, a żeby zmieścić kolejne okrążenie w 5 kilometrach, już musielibyśmy zbiegać. Wiatr w żaglach poczułam dopiero na zbiegu, czyli około 11 kilometra. Wiedziałam, że jednak dotrę do mety, że dam radę i... że nigdy więcej...


Starałam się obserwować swoje tętno, specjalnie po to wzięłam pulsometr. Wiedziałam, kiedy muszę zwolnić, żeby wyrównać oddech. Ostatnia rzecz jakiej potrzebowałam, to bezdech i zakwaszenie mięśni.


Ten start dużo mnie nauczył, więcej niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Po pierwsze- regeneracja, po drugie- nic na siłę, trzeba wiedzieć kiedy odpuścić (mogłam się przepisać na krótki dystans), po trzecie- nie robi się treningu siłowego na dzień przed startem, nie po tak długiej przerwie w bieganiu, po czwarte- założyłam sobie zbyt ambitne cele i będzie ciężko sprostać wyzwaniom, no chyba że jakimś cudem wygospodaruję czas na treningi.
Jakby nie było, jestem dumna z tego, że po pokonaniu 14,7 km w czasie 1 godziny 52 minut, jednak udało mi się dobiec (nie dojść) do mety. I chyba nawet się uśmiechałam ;) Czy jestem z siebie zadowolona? Biorąc pod uwagę wcześniejsze osiągnięcia, raczej średnio, ale z drugiej strony czego mogłam się spodziewać? Czy wystartuję w kolejnych zawodach? Tak i to nie dlatego, że są zapłacone. Po prostu nie wolno się poddawać. Cokolwiek sobie myślałam biegnąc wtedy pod górę i przez las, dziś nie ma to znaczenia. Liczy się to, że była meta i jest medal :)


Jedno jest pewne. Przed kolejnymi zawodami opiekę nad dzieckiem powierzam tatusiowi i grzecznie idę spać. Będę mega zadowolona, jeśli uda mi się pobiegać chociaż trzy razy w tygodniu. Zobaczymy, na ile będzie to realne.
Następny start na początku lipca - Limanowa Forrest. Ten potraktuję stricte treningowo przed kolejnymi Perłami w sierpniu.

Kinga

sobota, 10 czerwca 2017

Skąd się wziął mój "eating disorder" i co mnie motywuje

Jutro kolejny start - Perły Małopolski w Wapiennym. Nie mogę powiedzieć, żebym była jakoś specjalnie przygotowana do tego biegu. Można sobie zaplanować to i tamto, a w rzeczywistości zawsze​ wychodzi inaczej...
W ciągu ostatnich trzech tygodni nie brakowało mi chwil zwątpienia i rezygnacji​. Nie poddałam się tylko dlatego, że miałam nad sobą bata. Z resztą nie wiem, czy mogę pisać, że się nie poddałam, bo tak naprawdę to gdyby nie mój facet i jego "idź poćwiczyć", to pewno bym odpuściła...
Nie jest łatwo. Często jestem niewyspana i zmęczona. Od jakiegoś czasu zmagamy się z kolką niemowlęcą. Mamy za sobą przeprowadzkę (powrót do Krakowa) i jesteśmy w trakcie remontu mieszkania. Czasem wydaje mi się, że Spartanka, która kiedyś osiągała całkiem niezłe wyniki w sporcie to była jakaś inna osoba, że to nie mogłam być ja.
A jednak nadal jestem aktywna. Wiem, że byłabym na siebie zła, gdybym niczego nie robiła i nawet te 50 minut ćwiczeń z Mel B potrafi uratować mój dzień. Nawet jeśli robię coś, czego się nie powinno robić, czyli trenuję na zmęczeniu i bez regeneracji, wiem że w tej chwili nie może być inaczej. Kiedyś podczas treningu miałam wrażenie, że biegnę śpiąc. Każdy krok był mega udręką, miałam ochotę rozpłakać się i pójść do domu, ale przebiegłam te kilka kilometrów. Każda forma ruchu w każdej wolnej chwili jest ważna. Powtarzam sobie, że to jest etap przejściowy, że będzie lepiej jak mały podrośnie i to mi dodaje sił.
Wiem, że byłoby ze mną bardzo kiepsko, gdybym całkowicie zrezygnowała ze sportu. Od nastu lat mam przed oczami wizję utytej mnie... Skąd to się wzięło? Moja mama sporo przytyła w ciąży i późniejszym okresie. Często słyszałam, że nadwagę mamy w genach i choćbym nie wiem co robiła, to i tak mnie nie ominie. Na moje własne nieszczęście potrafię sobie wszystkiego odmówić jeśli tylko chcę, a to się może niestety bardzo źle skończyć. I pewno gdyby nie to, że karmię piersią, to byłabym teraz na jakiejś "restrykcyjnej" diecie bez węglowodanów. Ale że muszę dbać o takiego małego człowieczka, jem w miarę normalnie. No chyba, że mam jakiś stres, wracam wtedy do punktu wyjścia i gdyby nie upomnienia najbliższych, to pewno bym nic nie jadła.
Kiedyś wszystko opierało się na prostym stwierdzeniu "ćwiczę, żeby nie utyć". Dziś jestem aktywna, żeby nie zwariować i żeby mieć lepszą kondycję. Ważę 63,5kg i jest mi z tym dobrze. W zasadzie niczego sobie nie odmawiam i jem to co lubię, na przykład masło orzechowe ;-)
Wiadomo, że w tym roku mogę zapomnieć o jakiś świetnych wynikach, ale nie rezygnuję. Wiem, że jutro nie będzie łatwo. Przede mną jakieś 15 km, treningowo biegam zazwyczaj około 7 km... Oby pogoda dopisała, czytaj... oby nie było upału.
Mała Fasolka (hm, już nie taka mała...) będzie mi kibicować i to jest chyba najlepsza z możliwych motywacji.

Kinga

poniedziałek, 22 maja 2017

Perły Małopolski w Szczawnicy - 21 maja 2017

Mam za sobą pierwszy start w tym sezonie, na początek na dość krótkim, bo 4-kilometrowym dystansie. Jestem zadowolona z wyniku. Biorąc pod uwagę, że zrobiłam tylko kilka treningów w płaskim terenie, całkiem nieźle dałam sobie radę na podbiegach. Nie miałam zadyszki ani kolki. Najważniejsze chyba jest to, że ani przez chwilę nie zwątpiłam w siebie, nawet wtedy, kiedy wiatr wiał mi prosto w twarz i trudniej się biegło.



Wychodzi na to, że istnieje nie tylko pamięć mięśniowa, ale też wydolnościowa, bo nie spodziewałam się tak dobrego wyniku... Mój organizm jakby sam przełączył się w tryb rywalizacji. Pamiętałam o tym, żeby zbiegać na lekko ugiętych nogach i to też zadziałało na moją koszyść. Dobrze jest czasem posłuchać rad bardziej doświadczonych biegaczy... dziękuję Janusz :)
Adrenalina dała o sobie znać i długo nie mogłam zasnąć. Bardzo mi tego brakowało przez kilka ostatnich miesięcy i już nie mogę się doczekać kolejnego startu - już za 3 tygodnie w Wapiennym w Magurach.


Czy może być coś piękniejszego od biegania? ;)

Kinga