Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trailrunning. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Trailrunning. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 września 2020

Ultrajanosik Zbójecka Śleboda - 29 sierpnia 2020

Za mną trzeci start w tym dziwnym sezonie biegowym. Dużo imprez zostało odwołanych lub przeniesionych na następny rok. Dlatego decyzja udziału w Ultrajanosiku (Tour De Zbój) była dość spontaniczna.



Sobota to fajny dzień na bieganie, bo wieczorem można na spokojnie wypić zasłużone jedno zimne😉
Wybrałam dystans 30+, bo na taki jestem przygotowana.
Wczesnym rankiem wyjechaliśmy do Niedzicy, żeby odebrać pakiety startowe. Stamtąd zostaliśmy autokarami przewiezieni do miejscowości Łapsze Niżne. Start został zaplanowany na godzinę 10.00 i było już bardzo ciepło. Organizator sprawdził wyposażenie obowiązkowe i poprosił, abyśmy kilkanaście pierwszych kilometrów przebiegli w maseczkach (czerwona strefa). Wystartowaliśmy punktualnie, od razu z lekkim podbiegiem. Tradycyjnie jak zwykle musiałam się od razu na siebie zdenerwować, bo nie sprawdziłam bidonu i woda nie chciała lecieć... Szkoda gadać...
Już na samym początku czekało nas dość strome podejście. Powoli się rozkręcałam. Na prostej złapałam oddech i zrobiło się całkiem fajnie. Nadal nie mogę się podnieść po lipcowym oddaniu krwi i na podbiegach sapię jak astmatyk. Za to tym razem na zbiegach dałam z siebie wszystko. Poszły mi naprawdę świetnie (średnie tempo 4:20 min/km) i nawet jakiś gość zażartował do mnie, że to dopiero trzeci kilometr. Biegło mi się super. Zupełnie nowa, przepiękna widokowo i świetnie oznaczona trasa. Na trasie mieliśmy dwa punkty odżywcze, na jednym z nich była nawet zupa. Szybko uzupełniałam zapasy i biegłam dalej. Mój błąd, że na ostatnim wodopoju wzięłam za mało wody i musiałam się po drodze ratować jakimś błotnistym strumykiem. Człowiek się uczy na błędach, podobno...
Bardzo zaskoczył mnie poziom trudności podejścia na górę Żar. Serio, nie spodziewałam się. Straciłam tam dużo sił, ale nie byłam jedyna. Upał dał się wszystkim we znaki. Cały czas pamiętałam o jedzeniu i piciu. Na tym podejściu wcisnęłam w siebie ostatnią saszetkę glukozy i zostało mi już tylko izo do picia. Na szczęście po raz kolejny głowa stanęła na wysokości zadania. Przez dłuższą chwilę biegłam z innym zawodnikiem, ale odstawił mnie tuż przed metą.
Cała impreza była super, organizacja na najwyższym poziomie, świetna atmosfera. Jestem bardzo zadowolona z mojego wyniku, chociaż teraz myślę, że mimo zmęczenia mogłam trochę bardziej przycisnąć pod koniec😎


Dziękuję @WaluszaFotografia za piękne zdjęcia.

Kocham biegać. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym tego nie robić. Teraz na spokojnie przygotowuję się do kolejnego startu w połowie października.

Kinga

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Trening biegowy w Tatrach zachodnich

Już od jakiegoś czasu marzyło mi się wyjście na Rakoń, ale zawsze było jakoś tak nie po drodze. Jeśli o mnie chodzi, to zdecydowanie wolę wychodzić w Tatry po słowackiej stronie. Mniejszy ruch pieszy, inna kultura ludzi na szlaku. W sumie pomysł na ten wyjazd zrodził się dość spontanicznie. Początkowo miał być sam Rakoń, ale skoro na Wołowiec tak niedaleko... 😉

Západné Tatry

Wyjechaliśmy z Dobrej k/ Limanowej w kierunku Zuberca tuż po 6 rano. Start zaplanowaliśmy od Chaty Zverovka (1037m npm), przez Rakoń, Wołowiec, Rakoń, Grzesia, znowu do Chaty Zverovka. Wyszło 18,5 km i 1205 metrów przewyższenia.
Na początek mieliśmy do pokonania 5 km asfaltową drogą w kierunku Tatliakowej Chaty (1380m npm). Długi sztywny podbieg, ale mimo wczesnej pory szło mi całkiem nieźle. W ciągu 45 minut dotarliśmy pod Tatliakową Chatę i tam się zaczęły schody. Nie byłam w stanie ani biec, ani nawet energicznie iść. Musiałam się zatrzymywać co ok. 10/15 metrów, żeby złapać oddech i wyrównać tętno.
W głowie kołowało mi pytanie, skąd nagle taki spadek formy? Ocknęło mnie dopiero po jakiś 2 km. Przecież wczoraj oddaliśmy krew i minęły zaledwie 24h. Wszystko jasne... Nie powiem, miałam niemały kryzys. Co będzie, jeśli utknę gdzieś w połowie trasy i nie będę miała siły wrócić do samochodu? Odcinek za odcinkiem, energicznie, ale z częstymi przerwami udało nam się dotrzeć do Sedlo Zabrat (1656m npm). Tam podjęłam mocne postanowienie, żeby następny dłuższy odcinek pokonać bez zatrzymywania się. I... udało się... Nie mogłam w to uwierzyć, ale byłam na Rakoniu (1876m npm) 😊 Radość, łzy szczęścia, niedowierzanie... A skoro udało się dotrzeć tutaj, to oczywiście nie miałam wątpliwości, że uda się też wejść na Wołowiec (2063m npm). Równym tempem, z przerwami... udało się... 

Volovec 2063m npm

Widok ze szczytu wynagrodził nam wszystko. Krótka przerwa, pamiątkowe zdjęcie i w dół, przez Rakoń na Grzesia (1653m npm). Biegliśmy grzbietem. Co prawda na podejściach musiałam robić krótkie przerwy, ale było zdecydowanie lepiej niż na początku. Na Grzesiu znowu krótka przerwa, fotka i zielonym szlakiem prosto w dół... Tja... gdybyśmy dokładnie sprawdzili, że z Grzesia odchodzą dwa zielone szlaki i wybrali ten "właściwy", który miał po krótkim odcinku przejść w żółty. Jak się zorientowałam, że coś jest nie tak? Miało być cały czas w dół, a tu jedno przewyższenie, drugie... o co chodzi? Nie wytrzymałam, zapytałam spotkanych turystów. Faktycznie wybraliśmy nie ten szlak co trzeba. Na szczęście prowadził w to samo miejsce i jak się dowiedzieliśmy, nie miał odcinka asfaltowego. To nie koniec przygód. Jak już w końcu zaczęliśmy zbiegać w dół, źle ustawiłam lewą stopę i omsknęła się w bok. Najpierw pomyślałam, że skręciłam nogę w kostce. Usiadłam, zdjęłam buta, skarpetkę i chwilę czekałam, czy zacznie puchnąć. Nadal mogłam ruszać stopą, więc stwierdziłam, że ryzyk fizyk. Z resztą, i tak nie miałam większego wyboru... Biegłam, w miarę nie bolało. Dobiegliśmy do asfaltu... jak to do asfaltu? Miało go nie być. Tu biorę winę na siebie, nie zauważyłam miejsca, w którym szlak skręcał w lewo i ostatecznie musieliśmy pokonać jeszcze około 1,7 km asfaltową drogą. To tak na dobicie... 😉
Nie pamiętam kiedy ostatnio tak mi smakował Radler 0%.  Szybkie pakowanie i w drogę do domu, na krokiety z barszczem. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o sklep spożywczy. Nie wracam ze Słowacji bez ich słynnej studenckiej czekolady..


Najważniejsza lekcja z tej wyprawy, to nie planować ciężkich treningów zaraz po oddaniu krwi. Ostatecznie wyszło ciut ponad 23 km i 1444m przewyższenia. Noga powoli się goi, opuchlizna schodzi, ale to też przestroga, co się może wydarzyć, jak człowiek jest zmęczony.
Łącznie przerwy na złapanie oddechu i zdjęcia zabrały nam około półtorej godziny.
Mimo perypetii, jest satysfakcja i radość ze zdobycia kolejnego szczytu 😊

Kinga

sobota, 18 lipca 2020

XRUN Pani Mogiła - 12 lipca 2020

Za mną drugie w tym roku zawody biegowe, kolejny medal z serii XRUN zdobyty😊 Tym razem musieliśmy się zmierzyć z 31-kilometrowym wyzwaniem, zaliczając dwa ważne szczyty Beskidu Wyspowego, Mogielicę (1170 m n.p.m) i Jasień (1062 m n.p.m).



Gratuluję organizatorom ciekawej i dobrze oznaczonej trasy.
Wystartowałam w fali o 9:30. Początek biegu był od razu pod górkę, więc szybko przeszłam do energicznego marszu. Zaliczyłam już kilka treningów na Mogielicy i wiem, czym to się je😉
W okolicach około trzeciego kilometra zorientowałam się, że nie włączyłam zegarka. Chyba z wrażenia, że naprawdę znowu jestem na starcie i za chwilę zacznie się odliczanie...


Mniej więcej do 20 kilometra udało mi się trzymać bardzo dobre tempo i nawet na zbiegach szło mi lepiej niż zazwyczaj. Zbiegi nie są moją mocną stroną, ale tym razem było naprawdę dobrze. Na każdej stacji odżywczej starałam się coś zjeść i wypić coś słodkiego. Ponownie ukłon w stronę organizatorów za "stoliczku nakryj się"... Oj, było w czym wybierać (pomarańcze, banany, arbuzy, kabanosy, cola, woda, izo...) Uśmiech wolontariuszy dodawał energii, dzięki Wam za każde dobre słowo i doping na trasie!!
Nie pamiętam dokładnie kiedy zaczęła mnie łapać kolka, ale udało mi się ją zwalczyć i w sumie chyba tylko dwa razy musiałam się zatrzymać i zrobić głęboki skłon. To pomaga...
Apropos zatrzymywania się, dostałam zakaz robienia sobie selfie, bo że niby strata czasu... Taaa i udało mi się bez nich do momentu, kiedy dotarłam na Jasień. Widok na panoramę Beskidów był taki, że po prostu nie mogłam sobie odmówić. No dobra, straciłam te 5 minut, ale ja tam byłam dla zabawy, a nie po "personal best"😉 Tak przy okazji, podejście na Jasień jest całkiem sporym wyzwaniem. Po dotarciu na Mogielicę myślałam, że najgorsze już za mną, a tu taka niespodzianka😅
Prawdziwy kryzys zaczął się gdzieś po 23 kilometrze, kiedy dopadła mnie rwa kulszowa i promieniujący ból do lewego kolana. Z każdym uderzeniem lewej stopy w podłoże czułam, jakby ktoś mi wbijał gwoźdź w kolano. To w zasadzie przesądziło o tym, że ostatni zbieg był w moim wykonaniu zejściem w ślimaczym tempie. Nieistotne, zdrowie jest zawsze ważniejsze niż czas mety!!
Tak czy owak, do celu dotarłam z uśmiechem. Fantastyczne uczucie dokonania czegoś ponad własne siły, pokonania słabości i postawienia na swoim. Głowa wygrała w wielkim stylu.




Dziękuję organizatorom za perfekcyjne przygotowanie zawodów, od momentu komunikacji dot. odbioru pakietów, startu, poprzez przygotowanie i oznaczenie trasy, punkty odżywcze, po atmosferę na mecie. Do zobaczenia w kolejnej edycji!!
Dziękuję fotografom (Marcin Mucha, IDEA Photography, Robert Polański) za uwiecznienie najpiękniejszych momentów!!
Kilka refleksji odnośnie tego, co muszę zmienić, poprawić... Kupić nowe buty, z większą amortyzacją. Już nawet mam wypatrzony konkretny model. W trakcie biegu częściej jeść i więcej pić, szczególnie izotoników. Na ostatnim podejściu, które nazwałam "Mogielica po raz drugi" brakowało mi już paliwa. Podejścia są moją mocną stroną, więc szkoda na nich tracić czas na odpoczynek. Tutaj i tylko tutaj mogę nadrobić czas stracony na zbiegach.
W oczekiwaniu na kolejne biegowe wyzwanie, czytam porady innych, co jeść, czego nie jeść, jak i kiedy jeść... Głowa pęka... ilu biegaczy, tyle różnych rad. Mam taki plan, żeby w trakcie najbliższego dłuższego wybiegania przetestować niektóre wskazówki. Podczas treningu testowanie jest dozwolone😁

PS. Dziękuję Pancurowi za towarzystwo przez kilka pierwszych kilometrów i kibicowanie na mecie😘

Kinga

niedziela, 7 czerwca 2020

CELE BIEGOWE 2020 aktualizacja

To co się wydarzyło w tym roku, zupełnie poza moim wpływem, zmusiło mnie do przewartościowania pewnych rzeczy. Nabrałam dystansu do sportu i moich oczekiwań wobec siebie samej. Kiedyś brak możliwości zrobienia treningu byłby dla mnie końcem świata, a dzisiaj jest sygnałem, że może nadszedł czas, żeby coś zmienić. Uprawianie sportu znowu zaczęło być przyjemnością. Uwolniłam głowę od ciśnienia na wynik. Powoli krystalizują się nowe cele, krótko- i długoterminowe...  Chciałabym wystartować w triathlonie.

W tym roku jak na razie odbyły się tylko jedne prawdziwe zawody:

XRUN Tajemnicze Kopce Kornatka koło Dobczyc -> 20,78 km -> 2:37:29 h

Byłam do nich dobrze przygotowana. Zapowiadał się dobry sezon biegowy. Cóż, wszystko potoczyło się inaczej niż sobie zaplanowałam. Zakaz biegania w lesie, zamknięte kluby fitness i baseny... to wszystko nie oznacza, że nic nie robiłam. Trenowałam w domu i biegałam wtedy, kiedy zniesiono zakazy. Moja forma nie jest tragiczna, ale na pewno nie jest na tym samym poziomie co w lutym.
Teraz pojawiło się pytanie: co dalej?
Nie interesują mnie biegi wirtualne. Nie zamierzam ryzykować zdrowia czy życia po to, żeby jakaś fundacja mogła na tym zarobić. Uważam, że w przypadku biegów długodystansowych zabezpieczenie na trasie jest czymś bezdyskusyjnym. Tak więc przestały dla mnie istnieć Etapowa Triada i Festiwal Biegu Rzeźnika.
Poniższa lista nie jest planem, a raczej czymś co przy dobrych wiatrach może się jeszcze w tym roku wydarzyć.

12 lipca -> XRUN Pani Mogiła (Beskid Wyspowy, Mogielica) -> 31km -> 4:35:10 (K40-7)
18 lipca -> Maraton wokół Jeziora Rożnowskiego -> 42km 195m --> odwołany
29 sierpnia -> Ultrajanosik Zbójecka Śleboda -> 33km ->  4:31:51(K40-12)
18 września -> BiesyTrailCzady (Bieszczady) Stare Sioło Maraton -> ok. 44,5km --> odwołany
27 września -> Myślenicki Bieg Uliczny -> 10km
17 października -> Ekstremalny Półmaraton Górski o Puchar Starosty Powiatu Żywieckiego -> 21km -> 2:38:51

Tak to na ten moment wygląda, ale jak wiadomo, wszystko może się jeszcze zmienić 😉

Kinga

sobota, 22 lutego 2020

XRUN Tajemnicze Kopce Kornatka - 16.02.2020

Pierwszy start w nowym sezonie biegowym już za nami. Jak było? Zero asfaltu, dużo błota, kilka potoków do przeskoczenia, kilka pagórków do podbiegnięcia... w sumie 855 metrów przewyższenia. Ukłon w stronę organizatora za ciekawą i wymagającą trasę. Według mojego Garmina wyszło około 20,78 km, a przebiegnięcie tego dystansu zajęło mi 2:37:51 h.


Tyma razem biegło mi się naprawdę fajnie. Czułam, że mam dobre tempo i że ostatnie treningi przyniosły rezultaty. Myślę, że trochę za szybko wystartowałam i gdyby nie dobry kolega, to pewnie skończyłoby się przykwaszeniem mięśni. Na szczęście mój anioł stróż zawsze nade mną czuwa 😉Stacje żywieniowe były rozłożone co około 6 km, idealnie... Był tzw. "full wypas"... izotoniki, cola, woda, ser, kabanosy, ciastka, rodzynki, czekolada, banany, pomarańcze i czego tam jeszcze dusza pragnie. Zupełnie niepotrzebnie brałam ze sobą pół litra przepitki, ale była w wyposażeniu obowiązkowym, obok koca NRC i naładowanego telefonu komórkowego. Na tego typu trasy nie zabieram słuchawek, sama natura dostarcza wystarczającej ilości bodźców. Chce się biec... Najbardziej jestem zadowolona z moich podbiegów, bez kolki, bez zadyszki, bez konieczności zatrzymywania się. Co do zbiegów, to nadal pozostawiają wiele do życzenia. Wspomniany wcześniej kolega twierdzi, że tracę na zbiegach 5-10 minut, a że sporo razem biegamy po pagórkach, to jego opinia jest jak najbardziej wiarygodna. Zatrzymywałam się na chwilę na każdej stacji żywieniowej, na takiej trasie i przy takim dystansie nie ma żartów, koniecznie trzeba coś zjeść. Najlepiej wchodziły mi pomarańcze i rodzynki. Colę odpuściłam, bąbelki jakoś nie sprzyjają bieganiu, przynajmniej w moim przypadku. Wiem, bo sprawdzałam 😁 Na ostatnim kilometrze miałam lekki kryzys, chyba dlatego że było trochę pod górkę, ale głowa popracowała i bieg zakończyłam sprintem do mety. Nie da się ukryć, że na ostatnich metrach bardzo mi pomógł doping innego znajomego. Wykrzesałam więc z siebie jakieś resztki sił.


W prezencie od organizatora dostałam numer startowy zgodny z moją kategorią wiekową 😀
Podsumowując byłam 6 w kategorii K40 (na 25 startujących), 26 w open wśród kobiet (na 78 startujących), 166 w open ( na 297 startujących). Całkiem nieźle, jak na początek sezonu.

Dziękuję organizatorom za świetnie oznaczoną i ciekawą trasę, "full wypas" na stacjach żywieniowych, idealną organizację i dostęp do wszystkich niezbędnych informacji jeszcze przed zawodami. Widać, że znacie sie na tym, co robicie. Do zobaczenia 29 marca na kolejnym starcie!!

Kinga

czwartek, 26 grudnia 2019

Boże Narodzenie inaczej...

W zasadzie kto powiedział, że Święta trzeba spędzić objadając się przy bogato zastawionym stole? Okazuje się, że można to zrobić inaczej, fajniej, zdrowiej, przy okazji unikając zakończenia wieczoru rodzinną kłótnią. Po co to komu?
W tym roku postanowiłam z kilkoma przyjaciółmi pójść na Łopień (góra w Beskidzie Wyspowym, 951 m npm). Wyszliśmy każdy ze swojego domu i spotkaliśmy się mniej więcej w połowie szlaku, tak gdzie było jeszcze błoto.


Każdy miał swój mały plecak, a w nim kiełbasę, chleb, smalec i coś na przepitkę, czyli krótko mówiąc herbatkę z prądem.
Jeśli ktoś marzy o białych Świętach, to polecam takie wyprawy. Jeszcze sporo poniżej szczytu zaczęło się robić biało, na moje oko spadło około 30-40 cm śniegu. W lesie krajobraz jak w bajce...


Podczas gdy ekipa zajęła się poszukiwaniem suchego drewna, ja postanowiłam poszukać szczytu, co wcale nie było takie łatwe. Skończyło się tym, że zrezygnowana wróciłam na kiełbasę z ogniska i ciepłą herbę. Są rzeczy, które mogą poczekać. Najcenniejsze w takich wyjściach są wspólnie spędzone chwile, żarty, dzielenie się poglądami na różne tematy. Nikomu nie jest zimo i nikt nie narzeka.


Oczywiście założony cel musiał zostać osiągnięty, więc jak tylko spora część ekipy postanowiła powoli zbierać się do domu, ja postanowiłam zaciągnąć mojego faceta na szczyt 😉 Jak by nie było, on trochę lepiej niż ja zna tę okolicę.


Na dół biegliśmy, żeby dogonić pozostałych. Po drodze zrodził się pomysł stworzenia nowej tradycji wychodzenia z dzieciakami na Łopień latem, palenia ogniska i nocowania pod namiotem. Wstępnie padło na lipiec, czas pokaże czy uda nam się wdrożyć pomysł w życie.
Mamy w nogach prawie 13 km, z 730 m przewyższeniem, a w głowie dużo pozytywnych emocji i energii. Tych wspomnień nikt nam nie zabierze.

Kinga

poniedziałek, 18 listopada 2019

CELE BIEGOWE 2020

Powoli się krystalizują... 😊

XRUN Tajemnicze Kopce Kornatka koło Dobczyc -> 20,78 km -> 2:37:29 h


Grunt to mieć jasno określone cele. Wtedy nie trudno o motywację.

Kinga