Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opis trasy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Opis trasy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 sierpnia 2020

Trening biegowy w Tatrach zachodnich

Już od jakiegoś czasu marzyło mi się wyjście na Rakoń, ale zawsze było jakoś tak nie po drodze. Jeśli o mnie chodzi, to zdecydowanie wolę wychodzić w Tatry po słowackiej stronie. Mniejszy ruch pieszy, inna kultura ludzi na szlaku. W sumie pomysł na ten wyjazd zrodził się dość spontanicznie. Początkowo miał być sam Rakoń, ale skoro na Wołowiec tak niedaleko... 😉

Západné Tatry

Wyjechaliśmy z Dobrej k/ Limanowej w kierunku Zuberca tuż po 6 rano. Start zaplanowaliśmy od Chaty Zverovka (1037m npm), przez Rakoń, Wołowiec, Rakoń, Grzesia, znowu do Chaty Zverovka. Wyszło 18,5 km i 1205 metrów przewyższenia.
Na początek mieliśmy do pokonania 5 km asfaltową drogą w kierunku Tatliakowej Chaty (1380m npm). Długi sztywny podbieg, ale mimo wczesnej pory szło mi całkiem nieźle. W ciągu 45 minut dotarliśmy pod Tatliakową Chatę i tam się zaczęły schody. Nie byłam w stanie ani biec, ani nawet energicznie iść. Musiałam się zatrzymywać co ok. 10/15 metrów, żeby złapać oddech i wyrównać tętno.
W głowie kołowało mi pytanie, skąd nagle taki spadek formy? Ocknęło mnie dopiero po jakiś 2 km. Przecież wczoraj oddaliśmy krew i minęły zaledwie 24h. Wszystko jasne... Nie powiem, miałam niemały kryzys. Co będzie, jeśli utknę gdzieś w połowie trasy i nie będę miała siły wrócić do samochodu? Odcinek za odcinkiem, energicznie, ale z częstymi przerwami udało nam się dotrzeć do Sedlo Zabrat (1656m npm). Tam podjęłam mocne postanowienie, żeby następny dłuższy odcinek pokonać bez zatrzymywania się. I... udało się... Nie mogłam w to uwierzyć, ale byłam na Rakoniu (1876m npm) 😊 Radość, łzy szczęścia, niedowierzanie... A skoro udało się dotrzeć tutaj, to oczywiście nie miałam wątpliwości, że uda się też wejść na Wołowiec (2063m npm). Równym tempem, z przerwami... udało się... 

Volovec 2063m npm

Widok ze szczytu wynagrodził nam wszystko. Krótka przerwa, pamiątkowe zdjęcie i w dół, przez Rakoń na Grzesia (1653m npm). Biegliśmy grzbietem. Co prawda na podejściach musiałam robić krótkie przerwy, ale było zdecydowanie lepiej niż na początku. Na Grzesiu znowu krótka przerwa, fotka i zielonym szlakiem prosto w dół... Tja... gdybyśmy dokładnie sprawdzili, że z Grzesia odchodzą dwa zielone szlaki i wybrali ten "właściwy", który miał po krótkim odcinku przejść w żółty. Jak się zorientowałam, że coś jest nie tak? Miało być cały czas w dół, a tu jedno przewyższenie, drugie... o co chodzi? Nie wytrzymałam, zapytałam spotkanych turystów. Faktycznie wybraliśmy nie ten szlak co trzeba. Na szczęście prowadził w to samo miejsce i jak się dowiedzieliśmy, nie miał odcinka asfaltowego. To nie koniec przygód. Jak już w końcu zaczęliśmy zbiegać w dół, źle ustawiłam lewą stopę i omsknęła się w bok. Najpierw pomyślałam, że skręciłam nogę w kostce. Usiadłam, zdjęłam buta, skarpetkę i chwilę czekałam, czy zacznie puchnąć. Nadal mogłam ruszać stopą, więc stwierdziłam, że ryzyk fizyk. Z resztą, i tak nie miałam większego wyboru... Biegłam, w miarę nie bolało. Dobiegliśmy do asfaltu... jak to do asfaltu? Miało go nie być. Tu biorę winę na siebie, nie zauważyłam miejsca, w którym szlak skręcał w lewo i ostatecznie musieliśmy pokonać jeszcze około 1,7 km asfaltową drogą. To tak na dobicie... 😉
Nie pamiętam kiedy ostatnio tak mi smakował Radler 0%.  Szybkie pakowanie i w drogę do domu, na krokiety z barszczem. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o sklep spożywczy. Nie wracam ze Słowacji bez ich słynnej studenckiej czekolady..


Najważniejsza lekcja z tej wyprawy, to nie planować ciężkich treningów zaraz po oddaniu krwi. Ostatecznie wyszło ciut ponad 23 km i 1444m przewyższenia. Noga powoli się goi, opuchlizna schodzi, ale to też przestroga, co się może wydarzyć, jak człowiek jest zmęczony.
Łącznie przerwy na złapanie oddechu i zdjęcia zabrały nam około półtorej godziny.
Mimo perypetii, jest satysfakcja i radość ze zdobycia kolejnego szczytu 😊

Kinga

niedziela, 14 czerwca 2020

VeloDunajec i VeloCzorsztyn vol. 2 z cyklu rowerem przez Polskę

Za nami kolejna wycieczka rowerowa, tym razem w bardziej urozmaiconym terenie. Postanowiliśmy skorzystać z pięknej pogody i objechać Jezioro Czorsztyńskie. Samochód zostawiliśmy przy ulicy Zamkowej w Czorsztynie i udaliśmy się w kierunku Niedzicy przez Sromowce Wyżne. Pierwsze 7 kilometrów prowadzi drogą publiczną, dosyć stromo w dół, więc trzeba uważać szczególnie na zakrętach. Na szczęście mimo długiego weekendu ruch samochodowy był umiarkowany, a kierowcy trzymali odpowiedni dystans. Dopiero tuż za Sromowcami wjechaliśmy na faktyczną ścieżkę dla rowerzystów, prowadzącą w kierunku granicy kraju..


Obowiązkowo zaliczyliśmy spacer koroną zapory w Niedzicy. Roztacza się z niej piękna panorama na jezioro, Zamek w Niedzicy i ruiny zamku w Czorsztynie.




Po ominięciu Zamku w Niedzicy ponownie wjechaliśmy na ścieżkę rowerową, która prowadzi w kierunku miejscowości Falsztyn, a następnie Frydman. Po drodze do Czorsztyna minęliśmy po lewej stronie Maniowy, Mizerną i Kluszkowce.
Przez Frydman przejeżdża się wałem przeciwpowodziowym, a następnie około 500 metrów drogą powiatową K1639 (uwaga na samochody), aż do kolejnego zjazdu na właściwą ścieżkę rowerową.




Po ominięciu miejscowości Dębno (po lewej stronie) trzeba przejechać ok. 1 kilometra drogą wojewódzką 969 (uwaga na samochody).  Później jedzie się już spokojnie, albo ścieżką rowerową, albo drogami wiejskimi, wewnętrznymi.


Podsumowując, trasa jest niewątpliwie bardzo urokliwa, gwarantuje piękne widoki na jezioro i góry, a jej przejechanie w całości jest niezapomnianym przeżyciem. Nie można jej jednak zaliczyć do łatwych- ani kondycyjnie, ani technicznie. Po pierwsze, jakby na to nie patrzeć jest to prawie 40 kilometrów, a suma przewyższeń wynosi około 1000 m (góra i dół). Jest kilka stromych i długich podjazdów, dużo ostrych zakrętów, stromych i technicznie trudnych zjazdów. Bardzo polecam osobom, które mają dobrą kondycję fizyczną i regularnie jeżdżą na rowerze w zróżnicowanym terenie. Nie polecam rodzinom z małymi dziećmi poniżej 10 lat. Uważam, że ta trasa jest zbyt wymagająca kondycyjnie i niebezpieczna. Nie polecam osobom, które wsiadają na rower od czasu do czasu. Uważam, że trzeba brać siły na zamiary i z głową planować wypady rowerowe. Nie o to przecież chodzi, żeby tę trasę przejść na nogach, a na ostatnim podjeździe nawet ja miałam lekki kryzys 😉 Celowo jako pierwsze zdjęcie wrzucam profil trasy, bo od takiej analizy każdy powinien zacząć.
Co do mnie, to na pewno nie był ostatni raz na tej trasie, tyle że kolejny będzie w przeciwnym kierunku, wcześniej rano albo późnym wieczorem.

PS. Kiedyś istniało coś takiego jak "karta rowerowa". Zdecydowanie powinna wrócić. To by uświadomiło wielu rowerzystom, że czerwone światło oznacza nakaz zatrzymania pojazdu (także roweru).

Kinga

niedziela, 7 czerwca 2020

VeloRaba (VR) vol.1 z cyklu rowerem przez Polskę

Ostatnio spodobało mi się, i to nawet bardzo, jeżdżenie na rowerze. Przy okazji zostałam namówiona do opisania sprawdzonych tras i ścieżek rowerowych. Okazało się, że te które już są dostępne nie zawsze pokrywają się z rzeczywistością.
Zacznę trochę od środka, bo od ostatniej wczorajszej wyprawy.
Pojechaliśmy samochodem do Grobli, małej miejscowości położonej na wysokości Nowego Brzeska, ale po przeciwnej stronie Wisły. Samochód zostawiliśmy na parkingu pod szkołą i stamtąd już rowerami wyruszyliśmy na naszą wyprawę. Po drodze jeszcze zahaczyliśmy o lokalny sklep spożywczy, gdzie można napić się dobrej kawy z ekspresu albo zaopatrzyć w coś do picia i jedzenia.


Przez pierwsze 8 km ścieżka rowerowa prowadzi bocznymi, rzadko uczęszczanymi (mam na myśli ruch samochodowy) drogami. Cała trasa jest dobrze oznakowana, również skręt w prawo na VeloRaba. Można zahaczyć o Ujście Solne, ale nie na siłę. Jest tam dość duży rynek, ale szczerze mówiąc byłam już w ciekawszych miejscach.


Po skręcie na VeloRaba jedzie się już typową ścieżką rowerową, wzdłuż rzeki i między polami. Droga jest szutrowa i trochę trzęsie, ale da się wytrzymać, a krajobraz wynagradza wszystko.
Tym razem zdecydowaliśmy się pojechać tą trasą ok. 9 km. Dotarliśmy do Mikluszowic, gdzie znajduje się Góra Św. Jana Chrzciciela i zamknięty most, przy którym można porobić fajne zdjęcia. Ważne: obowiązuje na niego zakaz wstępu. W ogóle cała trasa jest bardzo malownicza. Jedzie się albo pod wiatr, albo z wiatrem, ale można rozwinąć dość dobrą prędkość.
W drodze powrotnej ponownie zahaczyliśmy o wcześniej wspomniany sklep spożywczy w Grobli, żeby zjeść pyszne lody gałkowe od Braci Koral. Po takim wysiłku po prostu nam się należało 😉


Bardzo polecam tę trasę, także dla rodzin z małymi dziećmi (na foteliku przymocowanym do roweru). Poziom trudności jest średni.

Pierwsze koty za płoty i wkrótce kolejna relacja z naszych rowerowych wycieczek.

Kinga