Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Competition. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Competition. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 sierpnia 2022

Mój debiut na dystansie olimpijskim - PolskaMan Triathlon

Siedem lat temu pojechałam do Wolsztyna kibicować mojemu facetowi na dystansie IM. Urocze miasteczko i atmosfera zawodów, a także poznani tam ludzie sprawili, że w mojej głowie zrodziła się myśl, marzenie żeby kiedyś też spróbować. Tyle, że ja wtedy nie umiałam pływać i perspektywa startu w triathlonie wydawała mi się bardzo odległa, a nawet nieosiągalna.

Zapisałam się chyba w grudniu zeszłego roku. Po udanym debiucie w Rybniku i szkole życia w Nieporęcie, start na nieco dłuższym dystansie stał się jakby bardziej na wyciągniecie ręki. Mimo zaplanowanej na marzec operacji przegrody nosowej wiedziałam, że jak się przyłożę do treningów, to będę w stanie skończyć dystans olimpijski. Zawody we Frydmanie w czerwcu pokazały, że się nie pomyliłam.

Oczywiście, że miałam wątpliwości i obawy. Nadal się zdarza, że blokada w głowie nie pozwala mi wejść na akwen otwarty. Jednak determinacja do startu w opłaconych już zawodach zrobiła swoje i udało mi się kilka razy popływać sam na sam. Asekuracja owszem była, ale gdzieś kawałek dalej, w bezpiecznej odległości.

Przed wyjazdem często sprawdzaliśmy prognozę pogody, bo w sierpniu bywa kapryśna i burzowa. Generalnie miało padać w sobotę, ale w niedzielę miało się już wypogodzić. Cóż, przyroda rządzi się swoimi prawami.

Nic tak nie męczy jak siedzenie kilka godzin w samochodzie, ale może to i lepiej, bo przynajmniej nie miałam kłopotów z zaśnięciem. W nocy padało, z przerwami, ale padało. Nad ranem zaczęło wiać i przypomniały mi się zawody w Nieporęcie.

Jacek wstał po czwartej, bo jego dystans startował o szóstej. Zjadł śniadanie i pojechał odstawić rower do strefy zmian. Ja wróciłam do łóżka...

Na odprawie dzień wcześniej organizator powiedział, że ze względu na warunki pogodowe, zgadza się na wstawienie rowerów do strefy zmian w dniu zawodów. Ukłon w jego stronę za elastyczność. Z drżeniem sera czekałam, co powie o pływaniu w piance na krótkim, czyli moim dystansie, ale ich nie zakazał. Uff...

Wstałam po siódmej, zjadłam śniadanie i zaczęłam sprawdzać wyniki. Wiedziałam ile mniej więcej Jacek potrzebuje na pokonanie tych 3,8km. Wzięłam poprawkę na brak treningów i zaczęłam się martwić, że jeszcze nie wyszedł z wody. Potem się okazało, że było opóźnienie na stronie z pomiarem czasu. Żeby się upewnić, że nic mu nie jest, zebrałam się jakoś i poszłam do miejsca wyjazdu na odcinek rowerowy. W tym momencie nie padało, no może lekko kropiło. W mojej głowie odżyła nadzieja na lepszą pogodę.

Nie musiałam długo czekać i zobaczyłam go wracającego z pierwszej pętli. Uczucie ulgi nie do opisania. Było dobrze, równe tempo i uśmiech na twarzy to najważniejsze oznaki formy na takich zawodach. Mniej więcej w momencie, kiedy ruszał na trzecią pętlę zaczęło padać, coraz mocniej. Odzyskana niedawno nadzieja na okno pogodowe zaczęła słabnąć, żeby całkiem zgasnąć po godzinie siedzenia w samochodzie. Przypomniałam sobie, że w torbie podróżnej mam drugą, grubszą kurtkę i postanowiłam pójść po nią do hotelu.

Padało już w zasadzie bez przerwy. Zabawne, ale ani na chwilę nie pojawiła się u mnie myśl, żeby zrezygnować. Bo co niby miałabym przez ten czas robić? Siedzieć w hotelu? Kibicować pod parasolem? Pomyślałam, że przynajmniej sobie popływam ;)

Wróciłam do samochodu, ogarnęłam rower i rzeczy do zostawienia w strefie. Osobna reklamówka z rzeczami na rower, osobna z rzeczami do bieganie. Na to jeszcze jeden worek. Lekko się poirytowałam, bo ktoś niedbale rozrzucił swoje rzeczy na moim miejscu. Są ludzie i taborety...

Pianka, czepek, okularki i marsz na start. Pozostałe rzeczy wrzuciłam na siebie jeszcze w hotelu. Do dziś się zastanawiam skąd się wziął mój spokój.  Byłam zdenerwowana, czułam to w środku, ale jednocześnie wiedziałam, że trzeba to zrobić, wejść do wody, przepłynąć, a potem się zobaczy.

Jakiś pan pomógł mi zapiąć piankę i poszłam na plażę. Nastąpiła demonstracja trasy motorówką, krótkie obeznanie z wodą i nawet nie wiem kiedy byliśmy już po starcie. Płynęło mi się fantastycznie. Było pusto, jakby specjalnie dla mnie powstał korytarz życia. Może ze dwa razy uderzyłam kogoś w nogi. Miałam jasny cel... do bojki, a potem do brzegu. Czepki majaczące gdzieś na horyzoncie były moim gps'em. Ostatecznie ogarnęłam tę 1500m w 37:29', co daje 2:29'/100m :) A jeszcze na koniec udało mi się jakąś kobietę wyprzedzić. Bardzo mi zależało, żebyśmy nie wychodziły razem z wody, żeby wolontariusze mogli nam sprawnie pomóc.

W strefie znowu bałagan, moje rzeczy gdzieś przełożone. Szkoda gadać, trzeba robić swoje. Wszystko mokre, dobrze że spakowane w reklamówki. Kurtka, kask, numer startowy, okulary i lecę dalej, Padało już naprawdę mocno i było mi wszystko jedno, byle przed siebie. Do pierwszej nawrotki szło dobrze, potem mój rower zaczął wydawać z siebie jakieś dziwne głuche dźwięki, jakby uderzenia w regularnych odstępach czasu. Uparłam się i cisnęłam dalej. Nogi dziwnie słabo podawały, może ze względu na temperaturę, bo lało i wiało. Nie przejmowałam się, bo wiedziałam że muszę jeszcze zostawić siły na bieganie. Na drugiej pętli dziwny dźwięk mojego roweru już nie dawał mi spokoju, ale się uwzięłam, że jak będzie trzeba to go doniosę do strefy, Tak czy owak skończę te zawody.

Taka mała dygresja, że dwa dni wcześniej miałam rower w serwisie i nie zdążyłam go potem przetestować. Nie polecam, bo to zdecydowanie źle wpływa na poczucie pewności. Na etapie kolarskim to sprzęt może najbardziej zawieść. Mój na szczęście dał radę. Okazało się potem, że mam zakleszczony tylny hamulec. Nie mam pojęcia kiedy to się stało, ale raczej nie pociągnęłabym 28-30km/h z zahamowanym kołem, więc pozostanę przy tym, że to się stało już po zawodach.

Na pierwszej nawrotce wyleciał mi bidon, ale powiedziałam panu przy punkcie pomiaru, że wrócę po niego wieczorem... samochodem i tak też zrobiłam. Leżał sobie grzecznie przy znaczniku 22,5km i na mnie czekał ;)

Nieopisane szczęście, kiedy w końcu możesz iść pobiegać. Zostawiłam kurtkę, bo deszcz jakby zelżał. Niedługo potem w ogóle przestało padać. Na trzecim kilometrze spotkałam Jacka. Zapraszam do przeczytania jego relacji na fb :)

Biegło mi się fajnie, luźno. Mięśnie i płuca dawały radę i mogły więcej, ale... znowu pojawiło się kłucie w prawym boku i musiałam zwolnić. Dwa razy się zatrzymałam. Złoszczenie się na siebie niczego by nie zmieniło, więc biegłam na tyle, na ile było to możliwe i ból w prawym boku był do wytrzymania. Kilka osób i tak udało mi się wyprzedzić i o ile na pływaniu byłam siedemdziesiąta któraś, to na bieganiu jakoś zaraz po trzydziestce.

Może z piętnaście metrów przed metą wyprzedziłam jeszcze jednego pana z mojego dystansu i dotarłam do mojego spełnionego marzenia :) Fantastyczne uczucie!! Trudne warunki na rowerze nawet jeszcze spotęgowały poczucie satysfakcji z tego, co się właśnie wydarzyło.

Bardzo się cieszę, że to właśnie w Wolsztynie udało mi zadebiutować na dystansie olimpijskim i na pewno tam wrócę, ale wtedy już na pełny dystans. Jest już też pomysł na połówkę w przyszłym roku. Chyba wdepnęłam w to na dobre.

Najpierw muszę jednak uporządkować swoje sprawy gastryczno-ginekologiczne i pozbyć się tej kolki czy cokolwiek to jest.

Najlepsze jest to, że w końcu przestało padać. Zobaczyłam na medalu, że to 10-ta edycja i pomyślałam, że to wiele wyjaśnia. W Nieporęcie też była 10-ta, czyli taki mój los, że wtedy nie może być łatwo i z wiatrem ;)

Jestem mega dumna z mojego pływania, zadowolona z uporu na rowerze i zdrowego podejścia do odcinka biegowego. Ostatecznie mój wynik to 3:09:29h. Jasne, że mogło być lepiej, na przykład gdybym się nie zakręciła na jednym rondzie i od razu pojechała we właściwym kierunku. To są błędy początkującego triathlonisty, bo chyba teraz mogę już tak o sobie powiedzieć. Z tych i podobnych błędów trzeba wyciągać wnioski i nie popełniać ich ponownie.


Dziękuję Jackowi, wiernym kibicom i organizatorowi za jedną z najlepszych imprez w moim życiu!! miejsce zawodów, trasy, przygotowanie techniczne, wolontariusze, punkty odżywcze, atmosfera itp. itd na złoty medal. Do zobaczenia na kolejnych zawodach, jesteście wspaniali!! :)

Kinga

niedziela, 31 lipca 2022

Moje cele sportowe - 2022

Wiem, że dawno mnie tutaj nie było i że za nami już połowa roku, ale myślałam ostatnio o reaktywacji bloga, a od czegoś trzeba zacząć.

Pierwsze starty w ty sezonie mam już za sobą:

Luty - Turbacz Winter Trail (bieg górski 21,3km) - Gorce - treningowo

Czerwiec - Run4asmile (bieg charytatywny 3,77km) - Miasteczko Galicyjskie i skansen w Nowym Sączu - 3 miejsce open kobiet

Czerwiec - Frydman Triathlon (dystans sprinterski 750m - 21km - 5km) - 9 miejsce open kobiet i 2 K40-44

Lipiec - Limanowa Forrest (bieg górski 6,8km) - 6 miejsce open kobiet i 1 K40

Lipiec - Triathlon Mstów (sztafeta 1/4IM 950m - 45km - 10,5km) - zajęłyśmy z dziewczynami 2 miejsce wśród 3 sztafet 😊

Jak widać do tej pory szło mi całkiem nieźle, a główny start w tym roku już za trzy tygodnie. Czuję ekscytację i lekkie zdenerwowanie jednocześnie. Bardzo wierzę w to, że sobie poradzę na pływaniu, bo jak wyjdę z wody, to potem będzie już z górki.

Sierpień - PolskaMan Triathlon (dystans olimpijski 1500m - 45km - 10km) - Wolsztyn


Grand Chotowa Triathlon (sztafeta 1/4IM 950m - 45km - 10,5km) - spontaniczna decyzja, żeby wziąć udział części biegowej i było warto --> 10,14km w 46:32' (średnie tempo 4:35min/km), otarłam się o nowa życiówkę😊 

Wrzesień - Rybnik Triathlon (1/8IM 475m - 22km - 5km) - zawody odwołane ze względu na niską frekwencję

Wrzesień - Jura Triathlon (1/4IM 950m - 45km - 10,5km) --> 3:57:23h (pływanie 23'08" - średnie tempo 2'26'/100m; rower 2:19:14 - złapałam gumę zaraz po wyjściu ze strefy zmian, strata około 15 minut na wymianę dętki; bieganie 1:05:37)

Październik - Łemkowyna Ultratrail (48km) - Główny Szlak Beskidzki z Iwonicza Zdrój do Komańczy

I kto wie, co się jeszcze po drodze wydarzy... 😉

Kinga

niedziela, 12 września 2021

My journey from zumba to triathlon

[12. September 2021 Rybnik] I don't feel any stress, just a little excitement. I take the bike to the transition zone, quickly check if I have everything - shoes, helmet, start number... I take my swimming stuff from the car and go back to the start. I’m one of the last ones to enter the water, we slowly start to swim…

I still can't believe it was over so quickly. I did it (750m swimming / 21km cycling / 5,7km running) and I am very proud of myself. I reached the finish line with the result 01:29:25h (79 open, 3 K40-49).

This year, for the first time in my life, I got on a road bike and I immediately fell in love. Do you know this feeling, when you suddenly discover something really cool? This is how I felt.

I don’t remember exactly when pools reopened, but that’s when I made my decision to complete my first triathlon. I chose the distance, place, date and signed up for the competition.

[Late Autumn 2020] There was the decision made to close swimming pools again. When one door closes, the other opens… Luckily, I have a friend who trains triathletes. I did the medical examination (I will never forget the doctor's face, when I told him that he saved my life, just after receiving the certification of being capable to train for triathlon), signed up for PZTri (Polish Triathlon Association) and joined the group of colleagues training for TRI. At the beginning, I didn't think about any specific goal. Most of swimming pools were still closed and I could swim only once a week, which was really very little.

[February 2020, one month before the lockdown] I decided to do the swimming video analyze with hope for receiving solid guidelines on how to improve my skills and the technique. A month later, the decision was made to close swimming pools for the next few months. They were not opened until the beginning of July. This summer I took every opportunity to go swimming and I worked hard on my technique.

I am crazy about running. I finished six marathons, three ultramarathons, three Spartan Race trifectas and “a few” others… Trail running is my weekend routine.

I have tried different sports for the last few years. I started with Zumba, which turned into dance aerobics, step aerobics, TBC, circuit trainings, body pump, race walking, spinning, TRX, running, obstacle races, weightlifting, CrossFit, pole dance, trail running and cycling. I was swimming from time to time, but never considered it as a form of a real training.

[Late Autumn 2013] That day, for no particular reason, I decided to learn swimming. So I went to the nearest swimming pool and signed up for lessons.

I am not good in writing. Our high school polish teacher used to tell us that we were much better in talking than in writing. Anyway, I hope you enjoyed my story.

PS. Oh, I forgot to mention that I was drowning as a child and had to overcome my fear of water first 😉

poniedziałek, 7 września 2020

Ultrajanosik Zbójecka Śleboda - 29 sierpnia 2020

Za mną trzeci start w tym dziwnym sezonie biegowym. Dużo imprez zostało odwołanych lub przeniesionych na następny rok. Dlatego decyzja udziału w Ultrajanosiku (Tour De Zbój) była dość spontaniczna.



Sobota to fajny dzień na bieganie, bo wieczorem można na spokojnie wypić zasłużone jedno zimne😉
Wybrałam dystans 30+, bo na taki jestem przygotowana.
Wczesnym rankiem wyjechaliśmy do Niedzicy, żeby odebrać pakiety startowe. Stamtąd zostaliśmy autokarami przewiezieni do miejscowości Łapsze Niżne. Start został zaplanowany na godzinę 10.00 i było już bardzo ciepło. Organizator sprawdził wyposażenie obowiązkowe i poprosił, abyśmy kilkanaście pierwszych kilometrów przebiegli w maseczkach (czerwona strefa). Wystartowaliśmy punktualnie, od razu z lekkim podbiegiem. Tradycyjnie jak zwykle musiałam się od razu na siebie zdenerwować, bo nie sprawdziłam bidonu i woda nie chciała lecieć... Szkoda gadać...
Już na samym początku czekało nas dość strome podejście. Powoli się rozkręcałam. Na prostej złapałam oddech i zrobiło się całkiem fajnie. Nadal nie mogę się podnieść po lipcowym oddaniu krwi i na podbiegach sapię jak astmatyk. Za to tym razem na zbiegach dałam z siebie wszystko. Poszły mi naprawdę świetnie (średnie tempo 4:20 min/km) i nawet jakiś gość zażartował do mnie, że to dopiero trzeci kilometr. Biegło mi się super. Zupełnie nowa, przepiękna widokowo i świetnie oznaczona trasa. Na trasie mieliśmy dwa punkty odżywcze, na jednym z nich była nawet zupa. Szybko uzupełniałam zapasy i biegłam dalej. Mój błąd, że na ostatnim wodopoju wzięłam za mało wody i musiałam się po drodze ratować jakimś błotnistym strumykiem. Człowiek się uczy na błędach, podobno...
Bardzo zaskoczył mnie poziom trudności podejścia na górę Żar. Serio, nie spodziewałam się. Straciłam tam dużo sił, ale nie byłam jedyna. Upał dał się wszystkim we znaki. Cały czas pamiętałam o jedzeniu i piciu. Na tym podejściu wcisnęłam w siebie ostatnią saszetkę glukozy i zostało mi już tylko izo do picia. Na szczęście po raz kolejny głowa stanęła na wysokości zadania. Przez dłuższą chwilę biegłam z innym zawodnikiem, ale odstawił mnie tuż przed metą.
Cała impreza była super, organizacja na najwyższym poziomie, świetna atmosfera. Jestem bardzo zadowolona z mojego wyniku, chociaż teraz myślę, że mimo zmęczenia mogłam trochę bardziej przycisnąć pod koniec😎


Dziękuję @WaluszaFotografia za piękne zdjęcia.

Kocham biegać. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym tego nie robić. Teraz na spokojnie przygotowuję się do kolejnego startu w połowie października.

Kinga

sobota, 18 lipca 2020

XRUN Pani Mogiła - 12 lipca 2020

Za mną drugie w tym roku zawody biegowe, kolejny medal z serii XRUN zdobyty😊 Tym razem musieliśmy się zmierzyć z 31-kilometrowym wyzwaniem, zaliczając dwa ważne szczyty Beskidu Wyspowego, Mogielicę (1170 m n.p.m) i Jasień (1062 m n.p.m).



Gratuluję organizatorom ciekawej i dobrze oznaczonej trasy.
Wystartowałam w fali o 9:30. Początek biegu był od razu pod górkę, więc szybko przeszłam do energicznego marszu. Zaliczyłam już kilka treningów na Mogielicy i wiem, czym to się je😉
W okolicach około trzeciego kilometra zorientowałam się, że nie włączyłam zegarka. Chyba z wrażenia, że naprawdę znowu jestem na starcie i za chwilę zacznie się odliczanie...


Mniej więcej do 20 kilometra udało mi się trzymać bardzo dobre tempo i nawet na zbiegach szło mi lepiej niż zazwyczaj. Zbiegi nie są moją mocną stroną, ale tym razem było naprawdę dobrze. Na każdej stacji odżywczej starałam się coś zjeść i wypić coś słodkiego. Ponownie ukłon w stronę organizatorów za "stoliczku nakryj się"... Oj, było w czym wybierać (pomarańcze, banany, arbuzy, kabanosy, cola, woda, izo...) Uśmiech wolontariuszy dodawał energii, dzięki Wam za każde dobre słowo i doping na trasie!!
Nie pamiętam dokładnie kiedy zaczęła mnie łapać kolka, ale udało mi się ją zwalczyć i w sumie chyba tylko dwa razy musiałam się zatrzymać i zrobić głęboki skłon. To pomaga...
Apropos zatrzymywania się, dostałam zakaz robienia sobie selfie, bo że niby strata czasu... Taaa i udało mi się bez nich do momentu, kiedy dotarłam na Jasień. Widok na panoramę Beskidów był taki, że po prostu nie mogłam sobie odmówić. No dobra, straciłam te 5 minut, ale ja tam byłam dla zabawy, a nie po "personal best"😉 Tak przy okazji, podejście na Jasień jest całkiem sporym wyzwaniem. Po dotarciu na Mogielicę myślałam, że najgorsze już za mną, a tu taka niespodzianka😅
Prawdziwy kryzys zaczął się gdzieś po 23 kilometrze, kiedy dopadła mnie rwa kulszowa i promieniujący ból do lewego kolana. Z każdym uderzeniem lewej stopy w podłoże czułam, jakby ktoś mi wbijał gwoźdź w kolano. To w zasadzie przesądziło o tym, że ostatni zbieg był w moim wykonaniu zejściem w ślimaczym tempie. Nieistotne, zdrowie jest zawsze ważniejsze niż czas mety!!
Tak czy owak, do celu dotarłam z uśmiechem. Fantastyczne uczucie dokonania czegoś ponad własne siły, pokonania słabości i postawienia na swoim. Głowa wygrała w wielkim stylu.




Dziękuję organizatorom za perfekcyjne przygotowanie zawodów, od momentu komunikacji dot. odbioru pakietów, startu, poprzez przygotowanie i oznaczenie trasy, punkty odżywcze, po atmosferę na mecie. Do zobaczenia w kolejnej edycji!!
Dziękuję fotografom (Marcin Mucha, IDEA Photography, Robert Polański) za uwiecznienie najpiękniejszych momentów!!
Kilka refleksji odnośnie tego, co muszę zmienić, poprawić... Kupić nowe buty, z większą amortyzacją. Już nawet mam wypatrzony konkretny model. W trakcie biegu częściej jeść i więcej pić, szczególnie izotoników. Na ostatnim podejściu, które nazwałam "Mogielica po raz drugi" brakowało mi już paliwa. Podejścia są moją mocną stroną, więc szkoda na nich tracić czas na odpoczynek. Tutaj i tylko tutaj mogę nadrobić czas stracony na zbiegach.
W oczekiwaniu na kolejne biegowe wyzwanie, czytam porady innych, co jeść, czego nie jeść, jak i kiedy jeść... Głowa pęka... ilu biegaczy, tyle różnych rad. Mam taki plan, żeby w trakcie najbliższego dłuższego wybiegania przetestować niektóre wskazówki. Podczas treningu testowanie jest dozwolone😁

PS. Dziękuję Pancurowi za towarzystwo przez kilka pierwszych kilometrów i kibicowanie na mecie😘

Kinga

sobota, 22 lutego 2020

XRUN Tajemnicze Kopce Kornatka - 16.02.2020

Pierwszy start w nowym sezonie biegowym już za nami. Jak było? Zero asfaltu, dużo błota, kilka potoków do przeskoczenia, kilka pagórków do podbiegnięcia... w sumie 855 metrów przewyższenia. Ukłon w stronę organizatora za ciekawą i wymagającą trasę. Według mojego Garmina wyszło około 20,78 km, a przebiegnięcie tego dystansu zajęło mi 2:37:51 h.


Tyma razem biegło mi się naprawdę fajnie. Czułam, że mam dobre tempo i że ostatnie treningi przyniosły rezultaty. Myślę, że trochę za szybko wystartowałam i gdyby nie dobry kolega, to pewnie skończyłoby się przykwaszeniem mięśni. Na szczęście mój anioł stróż zawsze nade mną czuwa 😉Stacje żywieniowe były rozłożone co około 6 km, idealnie... Był tzw. "full wypas"... izotoniki, cola, woda, ser, kabanosy, ciastka, rodzynki, czekolada, banany, pomarańcze i czego tam jeszcze dusza pragnie. Zupełnie niepotrzebnie brałam ze sobą pół litra przepitki, ale była w wyposażeniu obowiązkowym, obok koca NRC i naładowanego telefonu komórkowego. Na tego typu trasy nie zabieram słuchawek, sama natura dostarcza wystarczającej ilości bodźców. Chce się biec... Najbardziej jestem zadowolona z moich podbiegów, bez kolki, bez zadyszki, bez konieczności zatrzymywania się. Co do zbiegów, to nadal pozostawiają wiele do życzenia. Wspomniany wcześniej kolega twierdzi, że tracę na zbiegach 5-10 minut, a że sporo razem biegamy po pagórkach, to jego opinia jest jak najbardziej wiarygodna. Zatrzymywałam się na chwilę na każdej stacji żywieniowej, na takiej trasie i przy takim dystansie nie ma żartów, koniecznie trzeba coś zjeść. Najlepiej wchodziły mi pomarańcze i rodzynki. Colę odpuściłam, bąbelki jakoś nie sprzyjają bieganiu, przynajmniej w moim przypadku. Wiem, bo sprawdzałam 😁 Na ostatnim kilometrze miałam lekki kryzys, chyba dlatego że było trochę pod górkę, ale głowa popracowała i bieg zakończyłam sprintem do mety. Nie da się ukryć, że na ostatnich metrach bardzo mi pomógł doping innego znajomego. Wykrzesałam więc z siebie jakieś resztki sił.


W prezencie od organizatora dostałam numer startowy zgodny z moją kategorią wiekową 😀
Podsumowując byłam 6 w kategorii K40 (na 25 startujących), 26 w open wśród kobiet (na 78 startujących), 166 w open ( na 297 startujących). Całkiem nieźle, jak na początek sezonu.

Dziękuję organizatorom za świetnie oznaczoną i ciekawą trasę, "full wypas" na stacjach żywieniowych, idealną organizację i dostęp do wszystkich niezbędnych informacji jeszcze przed zawodami. Widać, że znacie sie na tym, co robicie. Do zobaczenia 29 marca na kolejnym starcie!!

Kinga

wtorek, 22 października 2019

Mój ostatni maraton - 20. PKO Poznań Maraton - 20.10.2019

Ile można klepać po asfalcie? Postanowiłam skoncentrować się na biegach górskich, a swój ostatni asfaltowy maraton pobiec w mieście, do którego zawsze będę miała sentyment. Mieszkałam kiedyś w Poznaniu i pewno bym tam została, gdyby nie tęsknota za górami.
Wyjechaliśmy z Krakowa w czwartek rano, po drodze zwiedziliśmy przepiękny zamek w Gołuchowie. Polecam!! Na miejsce dotarliśmy późnym wieczorem. Gościny użyczyli nam znajomi, od których wynajmowałam kiedyś mieszkanie.
Już we wtorek zaczęło mnie łapać przeziębienie, ale je zbagatelizowałam. Do Poznania dotarłam z mocną chrypką, ale winą obarczyłam klimatyzację w samochodzie.
Sobotę spędziliśmy leniwie, głównie na plotkach ze znajomymi. Plan potruchtania wziął w łeb, bo moje przeziębienie jakby się nasiliło... A tu jeszcze odwiedziny u kolejnych znajomych, z którymi nie widziałam się całe lata... Wieczorem łyknęłam dwie polopiryny i dosyć wcześnie jak na mnie położyłam się spać.
Mimo kiepskiego samopoczucia, postanowiłam pobiec.
Start i meta znajdowały się na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Pakiet odebrałam w piątek wieczorem, wiec w niedzielę przyjechałam na miejsce na pełnym luzie. Spotkałam znajomego, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie, a nawet udało nam się udzielić wywiadu dla Głosu Wielkopolski. Wszystko dlatego, że zdecydowaliśmy się wziąć udział w akcji charytatywnej organizowanej przez Bank PKO BP "Biegnę dla Fabiana i Franka":

20. PKO Poznań Maraton: Przebiegli kilometry dla Fabiana i Franka. Uczestnicy maratonu ponownie wsparli potrzebujących

Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak wyluzowana na starcie i nic nie zapowiadało kryzysu. Owszem, miało być ciepło, a ja ze względu na przeziębienie byłam dość grubo ubrana (koszulka termoaktywna, bokserka, spodenki poniżej kolana). Nie lubię biegać jak jest ciepło, tzn. powyżej 15 stopni, ale raczej nie mam wpływu na pogodę. Fakt jest taki, że nie chciałam się jeszcze bardziej pochorować po tym maratonie.
Wystartowaliśmy raczej punktualnie i do czwartego kilometra biegło mi się dosyć fajnie, a potem dopadła mnie kolka. Byłam zaskoczona, że tak szybko. Przeanalizowałam co zjadłam na śniadanie (płatki owsiane z nutellą i masłem orzechowym) i wiedziałam, że to nie mógł być powód. Oddychałam głęboko i na chwilę udało mi się załagodzić objawy kolki, ale niedługo lekki ból w boku przeszedł w kłujący ból w prawej pachwinie i musiałam się na chwilę zatrzymać. Niby trochę pomogło, ale jak tylko zaczynałam biec, ból powracał... Po prostu świetnie... Zaczęłam się zastanawiać, czy uda mi się dotrzeć chociaż do półmetka. Na szczęście mój facet sprzedał mi słownego liścia i jakoś się zmobilizowałam.
Do 21 kilometra miałam całkiem niezły czas, ale nie udało mi się go utrzymać i trochę z żalem patrzyłam na kolejnych mijających mnie pacemakerów. Cały czas sobie powtarzałam, że skoro dotarłam do połowy, to przecież muszę skończyć ten bieg. Było ciepło, na zmianę szłam i biegłam, ale czułam że jestem słaba.
Na trasie motywowali mnie obaj moi panowie i znajomi, u których mieszkałam. To wiele dla mnie znaczyło.
Po minięciu jednej stacji żywieniowej, celem stawało się dotarcie do kolejnej i tak mijały kilometry. Wiedziałam, że nie zrobię szałowego wyniku, ale gdzieś około 32 kilometra przestałam wątpić w to, czy dotrę do mety.
To był zdecydowanie najgorszy z moich wszystkich startów, ale co dziwne nigdy nie czułam się tak szczęśliwa i zadowolona na mecie. Po pierwsze dlatego, że się nie poddałam, wygrałam walkę ze sobą i z moja chorobą. Po drugie miałam świadomość, że to był ostatni taki bieg, koniec z klepaniem po asfalcie.
Ukończyłam ten maraton w cudownym czasie poniżej 5 godzin 😀 i... jestem z siebie dumna!!


Dziękuję moim kibicom, organizatorom za dobrze przygotowaną trasę, punkty odżywcze i w ogóle całokształt. Było fajnie i będę te kilka godzin wysiłku dobrze wspominać, a Poznań zawsze będzie miał szczególne miejsce w moim sercu.
Nadal walczę z przeziębieniem. Zdrowy rozsądek podpowiada, żeby na razie odpuścić treningi i zadbać o regenerację. Nie ma tego złego, jest czas na stretching i pisanie bloga.
Kolejny start w połowie listopada, półmaraton w Beskidach. Co głupiemu po rozumie ? 😉

Kinga

niedziela, 18 sierpnia 2019

Gorce Ultra Trail - 3 sierpnia 2019

Wyjechaliśmy z Nowego Sącza około 6:30, w sam raz żeby zdążyć na start o godzinie 8:00. Śniadanie w samochodzie... naleśniki z nutellą i pyszna kawa na Orlenie. Ktoś mógłby powiedzieć, że to trochę za późno, ale jak zjem dwie godziny przed startem, to jestem po prostu głodna.
Atmosfera przed biurem zawodów była super, wszyscy bardzo optymistycznie nastawieni. Zapowiadała się dobra pogoda, choć prognozowali przelotne opady deszczu. Nie bałam się tego, bo tym razem byłam przygotowana. W głowie kołotała mi tylko jedna myśl... nie powtórzyć błędów z zeszłego roku, kiedy to musiałam zejść z trasy jeszcze przed połową.
Wystartowaliśmy w miarę punktualnie. Pierwsze kilka kilometrów biegło asfaltową drogą, lekko w dół. Nauczona doświadczeniem, zaczęłam bardzo spokojnie. Wiedziałam, że za niedługo czeka nas strome i długie podejście na Lubań (1211 m npm). Kiedy do niego dotarłam, przeszłam do marszu. Jak na razie wszystko szło zgodnie z planem.
Około 10 kilometra, a może jeszcze przed, zaczęło kropić. Wyjęłam z plecaka moją wodoodporną kurtkę z zamiarem przechytrzenia pogody. Jakiś inny biegacz powiedział do mnie, że przecież nie pada aż tak mocno. Odpowiedziałam, żeby poczekał. Nie trwało to długo, jak zaczęło dość porządnie padać. Założyłam na głowę kaptur i zadowolona parłam dalej.
Na Lubaniu powitała nas mgła i chmury. Z wieży widokowej mam zdjęcie na białym tle 😉 ale przestało padać. Postanowiłam jeszcze chwilę pobiec w kurtce, bo chroniła przed wiatrem.
Wiedziałam, że zbliżam się do miejsca, w którym zeszłym roku oddałam walkowerem. Czułam się dobrze, miałam siłę, żeby biec dalej i było mi w miarę ciepło. Poza tym wiedziałam, że kawałek dalej na Przełęczy Knurowskiej, czeka na nas punkt odżywczy.
Dotarłam do niego grubo przed limitem czasu. Zjadłam owoce, napiłam się coli, zadzwoniłam do bliskich, zrobiłam sobie pamiątkowe zdjęcie i pobiegłam dalej. Dlaczego dzwoniłam? Zwyczajnie, żeby dać im znać, że wszystko jest w porządku i w tym razem nie muszą po mnie przyjeżdżać.


Czułam się mocno podbudowana faktem, że to już w zasadzie za półmetkiem. Nie miałam pojęcia, że dalej wcale nie będzie łatwiej. Co prawda nie było już tak długich podejść, ale było ich za to kilka. Jedno wiedziałam na pewno... mam taki zapas czasu, że na spokojnie zmieszczę się w limicie. Nie miałam żadnych dolegliwości typu kolka, skurcze, zadyszka, więc było dobrze.
Kolejny punkt odżywczy, tym razem z ciepłym posiłkiem, czekał na nas na około 35 kilometrze. Nie pamiętam, żeby zupa pomidorowa z ryżem kiedykolwiek wcześniej tak mi smakowała 😂 Zjadłam jeszcze dwie kanapki z dżemem i ruszyłam dalej. Zaczęło bardzo mocno padać. Nawet nie próbowałam wyciągać telefonu, żeby dać najbliższym znać, gdzie jestem i że jest w porządku. Postanowiłam poczekać, aż przestanie lać. Mieliśmy do pokonania kawałek asfaltem. Szłam, żeby uniknąć kolki po zjedzonej właśnie porcji zupy. Ciepły posiłek zrobił swoje i siły wróciły.


Czekało nas kolejne podejście, nawet nie liczyłam które. Od czasu do czasu spoglądałam tylko na zegarek, który pokazywał mi sumę przewyższeń. Trochę jeszcze brakowało do tych 2580 z opisu trasy.
Powoli zaczęło dawać o sobie znać zmęczenie. Momentami droga leśna zamieniała się w błoto. Stopy zapadały się dość głęboko, a oblepione buty ważyły jakby więcej niż zazwyczaj. Byle do 40 kilometra, bo potem będzie już z górki... taką miałam nadzieję. Jakiś biegacz do mnie zagadał, ile to już przewyższeń z tych 2800... Jakie 2800?? Poprawiam go, że chyba miało być 2500 z hakiem. Niby się ze mną zgodził, ale dodał, że rok wcześniej wyszło mu 48,5 km. No to siłą rzeczy nastawiłam głowę na te "kilka" dodatkowych metrów, choć po cichu liczyłam na to, że mu GPS nawalił 😎
Około 41 kilometra kolejny kontakt z najbliższymi... jest w porządku i to już chyba ostatnie podejście. Nawet nie wiem, kiedy i jak zleciały mi te ostatnie kilometry. Pamiętam tylko, że skupiłam się na tym, żeby się nie potknąć o jakiś korzeń albo na kamieniu. Czułam już kolana, więc nie chciałam zrobić czegoś głupiego.
Chyba do końca życia będę pamiętać ten moment, kiedy usłyszałam muzykę z mety i zobaczyłam flagi Garmina tuż przede mną po lewej stronie drogi. Powiedziałam głośno, że to już musi być tutaj i faktycznie... skręt w prawo, przez potok i... meta!! Miałam łzy w oczach, trochę z niedowierzania, że się udało, na pewno ze szczęścia, że to już meta i że osiągnęłam cel, a częściowo pewnie ze zmęczenia. Adrenalina robi swoje. Mój pierwszy ultras powyżej 40 kilometrów, z czasem nieco ponad 7 godzin 50 minut... Udało się!!!
Podsumowując... ciężka i wymagająca przygotowania trasa, ale z drugiej strony piękna. Kocham góry i tak już zostanie. Dziękuję organizatorom za wzorową organizację, oznaczenie trasy, punkty odżywcze itd. Na pewno się jeszcze spotkamy, najpóźniej w przyszły roku i kto wie... może się namówię na dłuższy dystans...
Tymczasem pozostaje satysfakcja i rodzą się kolejne cele... jakieś Bieszczady we wrześniu... 😉

Kinga


sobota, 27 lipca 2019

Młyn Trail Michałowice - 27 lipca 2019 - 23 km

"Sometimes you win, sometimes you learn" To bardzo mądre słowa i dobrze oddające to, co się dzisiaj wydarzyło.
Zacznę od pozytywów. Informacje na stronie organizatora na facebook'u, atmosfera zawodów, pakiet startowy, oznaczenie trasy, punkty odżywcze na trasie, powitanie na mecie... to wszystko wzorowe, na medal, bez zarzutu!! Bardzo mi się podobało :-) Chylę czoła. Mogę wymienić kilku organizatorów innych biegów, którzy powinni się od Was uczyć.
Co zatem poszło nie tak? Po kolei...
Przypaliłam na starcie, tempo 4:40 min/km to nie jest moje tempo startowe na dystansie powyżej 10 km. Na 5 km pojawiła się kolka i nie popuściła do 7 km, czyli w zasadzie do pierwszej stacji odżywczej. Na szczęście głowa pracowała na tyle dobrze, że mimo kłującego bólu w prawym boku nadal mogłam biec. Oprócz bananów, pomarańczy, rodzynek, wody itp. czekały tam na nas motywujące i dodające otuchy słowa wolontariuszy. Pojadłam, popiłam i nabrałam energii, niestety nie na długo. Na 15 km kolejny kryzys, tym razem znacznie poważniejszy... hipoglikemia... Zapewniam, że nie trzeba być lekarzem ani mieć przed sobą wyników badań poziomu glukozy we krwi, żeby rozpoznać jej objawy (osłabienie, przyspieszone bicie serca, nudności, uczucie głodu). Wiedziałam co się stanie, jeśli na moment nie odpuszczę. Jakoś dobrnęłam do drugiej stacji odżywczej, ale tym razem posiłek nie pomógł. Czułam się źle, chciało mi się wymiotować. Myślałam już tylko o tym, żeby w końcu znaleźć się na mecie. Był telefon do przyjaciela, a jakże... Słowa otuchy i zdrowego rozsądku, żeby nie robić niczego głupiego trochę podziałały. Jakieś 3 km przed metą dobiegłam do innego uczestnika, który akurat walczył z dosyć mocnym skurczem mięśnia dwugłowego. Dałam mu swój magnez i dalej szliśmy, truchtaliśmy razem. Przed metą czekał na mnie mój mały skarb i nie uwierzycie, ale nagle wszystko mi przeszło, wróciły siły... niesamowite, nie?
Czy pisałam już o trasie? Moja pierwsza refleksja jest taka, że była bardziej wymagająca niż się spodziewałam. Niedaleko od Krakowa, no to przecież teren nie może być górzysty... oj, można się pomylić. Ale nie o to chodzi, żeby było łatwo. Trasa jak dla mnie wymarzona, mało asfaltu, dużo lasu albo polnych dróżek, a na dodatek bardzo dobrze oznaczona.



Podsumowując, co poszło nie teak i co muszę zmienić:
- za mało długich jednostek treningowych, tzn. takich powyżej dwóch godzin (musi być co najmniej jedna w tygodniu),
- dieta, dieta i jeszcze raz dieta... tak wiem, że już o tym pisałam...
Jeśli nie dorzucę węglowodanów złożonych, choćby do obiadu, mogę zapomnieć o dystansach dłuższych niż 15 km, a za tydzień biegnę w Gorcach 48 km. Albo się za siebie wezmę, albo w końcu stanie się coś niefajnego...
Na koniec tej krótkiej relacji chciałabym jeszcze raz podziękować organizatorom imprezy. I cóż mogę powiedzieć/ napisać? Do zobaczenia w przyszłym roku ;-)

Kinga

niedziela, 7 lipca 2019

Przehyba Trail - 29.06.2019

To była decyzja "last minute". Znajomy wrzucił posta na fb o ostatnich wolnych miejscach i postanowiłam się zapisać. Lepiej pobiegać w górach zamiast robić "bezsensowne" kółka gdzieś w okolicach domu rodzinnego... Co prawda opłata startowa była dość wysoka jak za 15-kilometrową trasę, ale jak to się mówi: kto późno przychodzi...
Pakiety startowe można było odebrać w dniu startu do godziny 10:30, w biurze zawodów zlokalizowanym przy Leśniczówce Gaboń. Do Nowego Sącza przyjechaliśmy dzień wcześniej, wiec rano mieliśmy dosyć spory zapas czasu choćby na to, żeby na spokojnie zjeść śniadanie i napić się kawy.
W biurze zawodów na wejściu pozytywne zaskoczenie, że pomimo mojej późnej rejestracji byłam na liście startowej i bez problemów dostałam pakiet (w przeciwieństwie do zeszłorocznego XRUN, który opłaciłam grubo przed samymi zawodami, a moja rejestracja gdzieś im umknęła...)
Zaskoczyło mnie "kameralne" grono startujących, na moim dystansie około 30 osób. Całokształt przed startem bez zarzutu. Organizator zrobił odprawę dla uczestników biegu każdego z dystansów osobno, dokładnie powiedział, gdzie będą rozdroża i że ktoś będzie na nich stał. I rzeczywiście tak było. W ogóle trasa była dobrze oznaczona, choć podobno na długim dystansie ktoś pościągał taśmy.
Wystartowaliśmy o 11:00. Początkowo biegliśmy asfaltem, ale dość krótko. W sumie od początku i do około 7 km było cały czas pod górkę, raczej większą niż mniejszą, ale to w końcu Przehyba ;-)
Na szczycie czekał na nas poczęstunek w formie szwedzkiego bufetu, czym chata bogata, full wypas... widać że sponsorzy dopisali... Ukłon w stronę organizatora!! :)
No a potem było już, jak to się mówi, z górki. Biegłam w towarzystwie jednej dziewczyny, też z Krakowa i w sumie całą drugą część trasy przegadałyśmy, jak to baby... ;-)
Trasa piękna, widokowa, więc musiały być przerwy na tzw. słit focię. Nie wrzucam tutaj, bo to nie w moim stylu, od tego są fejs i instagram...


Ogólnie można by było powiedzieć, że organizacja biegu była bez zarzutu (pakiet, trasa i jej oznaczenie, odprawa dla uczestników, punkt odżywczy etc.), ale...
O ile nie będę się czepiać o kubek, który miał być w pakiecie startowym... ;-) bo kto późno przychodzi... o tyle przyczepię się do wyników. Rozumiem, że czasami bywa tak, że te oficjalne są z późnieniem, ale jak się ma na trasie do 200 osób (licząc wszystkie dystanse), to chyba nie tak trudno policzyć pierwsze trójki na każdym z nich, zwłaszcza że numery startowe były w różnych kolorach. I zanim ktoś mnie zacznie hejtowac, na maratonie w Szczytnie biegło 260 osób, a kibice przed samą metą krzyczeli do mnie, która jestem z kobiet.
Nie chodzi o statuetkę, czy co tam było przygotowane, ale o przysłowiowy "uścisk dłoni prezesa". Dałam z siebie wszystko, przycisnęłam na podbiegach i byłoby mi miło usłyszeć na mecie: Gratulacje, jesteś druga / trzecia!!

Czas: 02:06:43

Kolejne górskie wyzwanie już za niecały miesiąc. Wracam w Gorce, żeby zmierzyć się z trasą, która pokonała mnie w zeszłym roku. Nie odpuszczam treningów, bo cel i motywacja są silniejsze niżę zmęczenie i okresowe napady lenistwa.

Kinga

niedziela, 16 czerwca 2019

Bieg Wierchami Waligóra - 15.06.2019

Do Rytra przyjechaliśmy około 8:30, do 9:00 należało odebrać pakiety startowe. Start miał być o 9:30. Poprzedziła go krótka rozgrzewka, polegająca bardziej na ćwiczeniach rozciągających niż typowym kardio. Upał już zaczynał doskwierać, mimo wczesnej jeszcze godziny. Wiedziałam, że nie będzie łatwo.
Wystartowaliśmy punktualnie, najpierw asfaltem z górki i po przebiegnięciu około kilometra skręciliśmy w lewo. Nadal biegliśmy asfaltem, od czasu do czasu między drzewami, cały czas pod górkę. Prawdziwa wspinaczka zaczęła się około 3,5 km i trwała już do samej Przehyby. Więcej maszerowałam niż biegłam, ale nie pojechałam tam po to, żeby bić jakieś rekordy. Chciałam sprawdzić swoją kondycję psychiczną, a nie fizyczną. Tym razem głowa była na swoim miejscu i nie zniechęcił mnie nawet ból zatok, który odpuścił dopiero na szczycie. Widocznie mój organizm tak zareagował na zmianę wysokości i ciśnienia.
Na Przechybie, około 11,7 km czekał na nas pierwszy punkt odżywczy... w formie szwedzkiego bufetu... Nie przypominam sobie żadnego innego biegu, no może poza słowackim Goralman'em, w trakcie którego poczęstunek dla biegaczy byłby tak obfity: arbuzy, pomarańcze, rodzynki, ciastka, cukier, sól, woda, cola, izo, lemoniada, woda z cytryna i solą... i nie wiem, co jeszcze...
Po krótkiej przerwie, uzupełnieniu wody i obowiązkowej fotce pobiegłam dalej. Dołączyła do mnie koleżanka, z którą znałyśmy się w zasadzie tylko z widzenia (można poznać z widzenia wiele osób robiąc setne okrążenie łąk nowohuckich ;) Od tej pory to ona narzucała tempo i bardzo dobrze, bo mnie zmotywowała. Od Przehyby miałyśmy jeszcze ze dwa podbiegi na Radziejową, a potem było już z górki.
Na 17,5 km czekał na nas drugi punkt odżywczy, równie bogaty... Musiałam załatwić pilną potrzebę fizjologiczną, więc koleżanka trochę mi odeszła, ale nawet całkiem szybko ją dogoniłam i znowu biegłyśmy razem.
Kolejna atrakcja czekała na nas na 27 km... starsza kobieta wspierająca się na lasce wystawiła nam wiadro z zimna wodą i kubeczek. Niebo w gębie w tym upale. Znowu było pamiątkowe zdjęcie i  pobiegłyśmy dalej.
Niby z górki, ale właśnie teraz upał zaczął dawać się we znaki. Najpierw biegłyśmy w dół drogą wyłożoną betonowymi płytami, a potem asfaltem. Ostatnie dwa kilometry dały mi do wiwatu... asfaltem lekko pod górkę aż do samej mety. Żar z nieba i od asfaltu lał się nie miłosierny. Trochę szłam, trochę tuptałam.
Ostatecznie wpadłam na metę po 4 godzinach i 19 minutach, tuż za koleżanką, który jednak pocisnęła końcówkę. Od razu dostałam wodę i nakaz udania się do cienia.



Jestem bardzo zadowolona z tego startu. W porównaniu z ubiegłym rokiem nie miałam żadnego kryzysu. Wróciła radość z biegania i chęć walki ze swoimi słabościami. Zajęłam 77 miejsce w kategorii open (wśród ok 170 osób). Całkiem nieźle. Te prawie 30 km biegu w upale mocno dało mi popalić, ale nie żałuję, że się zdecydowałam. W przyszłym roku pewno będzie powtórka z rozrywki i kto wie, może na dłuższym dystansie ;)


Szczególne podziękowania i ukłon w stronę organizatorów. Sprawiacie, że co roku chce się wracać do Rytra. Szacun za kubeczki na wodę wielorazowego użytku. Tak trzymać!!!

Kinga

niedziela, 13 stycznia 2019

7. Bieg Wielkich Serc

Poraz kolejny miałam okazję wziąć udział w tym wyjątkowym wydarzeniu. Tym razem za start w biegu zapłaciła firma, w której pracuję. Fajnie, że robiąc coś co się lubi można wesprzeć szlachetny cel, jakim jest zbiórka środków na zakup sprzętu do szpitali.
Dystans co prawda krótki, ale i tak warto było. Dość mokro po ostatnich opadach śniegu, ale trasa była całkiem nieźle przygotowana. Udało mi się dotrzeć na metę po 26 minutach 28 sekundach i jestem z tego wyniku bardzo zadowolona.


Tak więc mam za sobą pierwszy start w tym roku. Przygotowania do maratonu zaplanowanego na początek kwietnia idą pełną parą:
bieganie -> 3 razy w tygodniu, w tym dłuższe wybieganie 15 + km
crossfit -> 2 razy w tygodniu
burpees'y i stretching tak często, jak to tylko możliwe

Coś mi mówi, że to bęzie fajny sezon biegowy :)

Kinga


poniedziałek, 18 czerwca 2018

Bieg Wierchami Waligóra

Mój pierwszy bieg ultra mam już za sobą. Dopiero wczoraj wieczorem dotarło do mnie, czego dokonałam. Oficjalne wyniki pojawiły się dzisiaj.


Trasa liczyła niespełna 30 kilometrów, ale była dość wymagająca. Beskid Sądecki ma to do siebie, że zejście ze szczytu niekoniecznie musi oznaczać schodzenie w dół ;) Ostatnie dwa kilometry asfaltem zrobiły swoje i musiałam iść. Moje tętno oscylowało w granicach 140 bpm i czułam, że brakuje mi oddechu. Nie ukrywam, że mnie to mocno zdemotywowało i chyba trochę poniosła mnie ambicja, a przecież liczy się to, że dotarłam do mety i przez 28 kilometrów szło mi naprawdę świetnie.
Ostatecznie skończyło się 109 miejscem w kategorii open (wśród 174 sklasyfikowanych), z czasem 4:16:35 h.


Jestem zadowolona z wyniku. Wyciągnęłam już wnioski i wiem, co muszę zrobić, żeby go poprawić. Przede wszystkim muszę zmienić dietę, dorzucić do niej węglowodany złożone. Muszę nauczyć mój organizm spożywania posiłków podczas treningu (biegu) i nie mówię tu o żelach energetycznych, ale o czymś konkretnym. Ponadto muszę więcej trenować w terenie urozmaiconym. To ostatnie nie będzie łatwe, ale postaram się wykorzystać każdą okazję i każdy wyjazd poza miasto.
Wielkie gratulacje i podziękowania dla organizatora... za widokową i dobrze oznaczoną trasę, obfite punkty żywieniowe, pomoc wolontariuszy i fantastyczną atmosferę.


Medal jak najbardziej zasłużony. Jest satysfakcja i motywacja do kolejnych startów :)

Kinga

poniedziałek, 28 maja 2018

Goralman - 26 maja 2018

To zdecydowanie jedne z najlepszych zawodów, w których do tej pory brałam udział. To niesamowite uczucie być członkiem sztafety.
Do pokonania we troje mieliśmy dystans 1/2 IM (2 km pływania, 83 km na rowerze i 21 km biegu).


Start o godzinie 8 rano w Namestovie na Słowacji. Pływanie to mocna strona Jacka. Potem pałeczkę przejął Janusz i pokazał formę na rowerze. Na mnie czekała Babia Góra...
Wiem już na pewno, że po rowerze miałam 28 minut straty do pierwszej sztafety, do drugiej - około 10... może mniej... nie mamy jeszcze oficjalnych wyników. Wiedziałam, że mam po prostu robić swoje, ale to tak trochę głupio być na trzecim miejscu wśród trzech sztafet... ;) Uwielbiam Babią... budzi respekt i daje po d... Jestem mocna w podbiegach, procentuje crossfit z kiedyś tam. Wiedziałam, że mam marną szansę, żeby dogonić dziewczynę z pierwszej sztafety, ale po cichu liczyłam na walkę o drugie miejsce i faktycznie była... Doszłam gościa na szczycie Babiej. Widziałam, że ma kryzys na podejściu, ale po krótkiej przerwie na stacji z żywnością popruł w dół aż się kurzyło. Pomyślałam, że albo coś wziął, albo się zaraz przypali. To było to drugie. Minęłam go niewiele potem, mówił że ma skurcze ud, ale nie potrzebuje pomocy. No to pobiegłam dalej, żeby zrobić swoje. Gość był ambitny i jeszcze kilka razy się wymijaliśmy aż do wypłaszczenia... około 3 km... Tam czekali na mnie Kasia i Janusz. Biegliśmy razem, w dobrym tempie, około 4:40 km na minutę. Nie wiem, skąd wzięłam siły, żeby jeszcze śpiewać, ale to ewidentnie zbijało z tropu mojego konkurenta. Goralman ma bardzo charakterystyczne zakończenie, bo  tuż przed metą jest kilkudziesięciometrowy podbieg, ale taki pionowo w górę. Powiedziałam Januszowi, że nie dam rady biec i zaczęłam iść, ale poczułam, że teraz nie mogę odpuścić i pobiegłam te ostatnie kilka metrów... Wyrównałam stratę i wyprzedziłam konkrecyjną sztafetę o 2 sekundy. Mieliśmy wywalczone pudło!!



Panowie kapelusze z głów. My mamy te nasze wymarzone... góralskie... Cudowna walka i uczucie na mecie. Według mojego Polara miałam czas 3:18:25 h i jestem mega dumna z tego wyniku. Góry to góry, wymagają przygotowania i pokory.


I jeszcze kilka słów uznania dla organizatora. Mamy się czego i od kogo uczyć. Wszystko dopięte na ostatni guzik, świetna atmosfera  i doping w trakcie zawodów, dobrze oznaczone trasy, obfite punkty żywieniowe, dwudaniowy posiłek dla każdego zawodnika (rosół i ryż z gulaszem), niestandardowe nagrody... Dziękujemy!!
Niedługo powtórka z rozrywki, bo już za miesiąc w Rytrze. Hej sokoły... ;)

Kinga

niedziela, 6 maja 2018

Cracovia Maraton - 22 kwietnia 2018

Spóźniona relacja z mojego biegu na dystansie maratońskim po dwóch latach od pierwszego startu. Jestem zadowolona z wyniku, mimo iż po cichu liczyłam na to, że uda mi się poprawić życiówkę. Po 23/24 kilometrze wiedziałam już, że jest to mało realne, ale nie odpuściłam i biegłam do końca. Ostatecznie udało się osiągnąć czas 3:59:40 h.


Moje wnioski z tego startu:
- poprawić sposób odżywiania - więcej węglowodanów złożonych,
- poprawić odżywianie w trakcie biegu na długim dystansie, bo trzy żele energetyczne to stanowczo za mało...
- zwiększyć ilość treningów wydolnościowo-wytrzymałościowych.
Mogę powiedzieć, że to były główne przewinienia z mojej strony, a resztę zrobiła pogoda, czyli lato w pełni w kwietniu. Po 35 kilometrze było już coraz trudniej, ale nie poddałam się i biegłam. Szłam tylko na długości punktów odżywczych. Satysfakcja na mecie była nie do opisania. Pojawiła się też myśl, żeby jesienią spróbować poprawić wynik ;) Ambicja...
Dziękuję organizatorom za jedną pętlę, ale czy naprawdę nie dało się bez mniejszej ilości "zawijasów"? Pakiet startowy, jak zwykle po krakowsku, czyli bardzo bardzo skromnie. Gdybym płaciła pełną opłatę startową, to pewno bym się poirytowała... na szczęście w grupie jest zawsze taniej ;)


To mój ostatni, tym razem już zdecydowanie, start w Krakowie. Jest tyle ciekawszych miejsc i tylu bardziej przychylnych biegaczom organizatorów... Na przykład w Skawinie można wystartować z dzieckiem w specjalnym biegowym wózku.
Moje najbliższe poważne wyzwanie to Goralman... Babia Góra będzie moja!! :)

Kinga

piątek, 23 marca 2018

Półmaraton wokół Jeziora Żywieckiego - 18 marca 2018

Sezon biegowy 2018 uważam za otwarty i to z całkiem niezłym wynikiem - 01:53:30 h na dystansie półmaratonu w terenie urozmaiconym. Jestem bardzo zadowolona z wyniku i to z kilku powodów. Po pierwsze, nie nastawiałam się na żaden konkretny czas, bo jeszcze nigdy nie biegłam półmaratonu (Perły się nie liczą) w takim terenie... wzniesienie... dolina... wzniesienie... i wynik poniżej dwóch godzin zaskoczył mnie na plus. Po drugie, nie miałam kolki. Po trzecie, nie czułam spięcia mięśni nóg. Po czwarte, nie miałam kryzysu na żadnym kilometrze. Po raz kolejne, biegłam na rezerwie, czyli mogłam pocisnąć, a tego nie zrobiłam. Muszę popracować nad techniką zbiegania, bo mogłam nadrobić czas, ale bałam się że mnie złapie kolka. Jestem mega dumna z moich podbiegów, bo... wszystkie były w biegu... ;)


Trasa malownicza, polecam każdemu komu znudziło się biegania w mieście. Mimo że temperatura była na minusie,  nie czuło się zimna, no może trochę na zaporze. Jedyne co mam do zarzucenia organizatorom, to hm... toalety... minus ileś stopni, a tu trzeba do toi toia... Ale nadrobili tym, że można było wybrać dodatek w pakiecie startowym. Każdy średnio zaawansowany amator biegania ma co najmniej kilkanaście koszulek, a tu organizator pozostawił wybór między koszulką, kubkiem i ręcznikiem. Świetny pomysł!! Butelka żywce na każdym postoju (szacun za ich ilość) w marcu, to nieco przesada. Szkoda plastiku, zadbajmy trochę o środowisko. Podobno na piątym wodopoju woda była z lodem gratis ;)


Myślę, że do dobrego wyniku przyczynił się stretching. Od momentu anginy rozciągam się konsekwentnie kilka razy w tygodniu i jak widać są efekty. Polecam!!

Kinga


poniedziałek, 23 października 2017

Perły Małopolski Rabka - 22 października 2017

Założony cel został osiągnięty. Udało mi się pobiec w prawie wszystkich Perłach Małopolski, prawie bo pierwsze były w kwietniu i o ile sobie dobrze przypominam, to nawet o spacerze mogłam wtedy tylko pomarzyć.
Wczoraj mieliśmy naprawdę trudne warunki na trasie, bo cały czas padał deszcz i wiał zimny wiatr. Na odcinku przeszło 20 kilometrów były tylko dwie stacje żywieniowe. To moim zdaniem trochę za mało, biorąc pod uwagę fakt, że cena pakietu startowego wcale nie jest niska.
Z kolei na plus oceniam trasę, była ciekawa i wymagająca. Były odcinki stromych podbiegów, ale też takie, na których można było swobodnie pobiec.



Pozytywnie zaskoczył mnie mój wynik - 02:17:31 h (13 miejsce w kategorii K-30 i 86 miejsce open). Dał motywację do dalszych treningów.


Dziś w ramach relaksu zrobiłam kilka ćwiczeń z Mel B. Od jutra wracam do stałego "rozkładu jazdy". Czkawką odbija mi się znany od zawsze problem niedojadania. Jeśli się w końcu za siebie nie wezmę, to mogę zapomnieć o dobrych wynikach na dystansie powyżej 10 kilometrów...
Sezon biegowy 2017 uważam za zamknięty. Jeśli nawet trafi się jeszcze jakiś start, to na pewno na krótszym dystansie i bardziej dla zabawy, dla treningu niż po jakiś konkretny wynik.

Kinga

niedziela, 15 października 2017

4. PZU Cracovia Półmaraton Królewski

Z jednej strony cieszę się z tego, że udało mi się przebiec dystans półmaratonu, a z drugiej strony jest niedosyt, bo po cichu liczyłam na nieco lepszy wynik. Do 10 kilometra biegło mi się naprawdę fajnie, ale zaraz później już wiedziałam, że na zrobienie życiówki nie mam szans. Najważniejsze jest to, że nie oddałam walkoverem  i walczyłam do końca.


Pogoda dopisała, choć momentami wiatr wiał w twarz albo mocno przyświecało słońcem. Organizator pozytywnie zaskoczył mnie ilościa stacji żywieniowych. Jak na Kraków było ich naprawdę dużo. Trasa też całkiem całkiem...



Mówi się, że do Krakowa jedzie się na "najlepsze" (po życiówkę) i "najgorsze" biegi. Ten zdecydowanie nie należał do najlepszych, ale i tak się cieszę, że się na niego zdecydowałam. Z każdego startu trzeba wyciągnąć jakieś wnioski...

Kinga

niedziela, 1 października 2017

IX Bieg Uliczny Sądecka Dycha o Puchar Newagu

Udało się... jest życiówka na dystansie 10 km i 5 miejsce w kategorii K-30.
Wystartowaliśmy punktualnie o 13.00 ze Starosądeckiego Rynku. Ruszyłam dość energicznie, może nawet ciut za szybko. Niestety mój polar nie zarejestrował pierwszej połowy trasy. Wniosek : nie testować możliwości zegarka podczas startu. Pogoda dopisała, było słonecznie, ale wiał chłodny wiatr. Udało mi się utrzymać równe tempo w granicach 5 min / km i dzięki temu osiągnęłam upragniony wynik 00:48:54 h. Około 3 km dopadła mnie kolka, ale się nie poddałam. Czuję, że moja głowa wróciła na swoje miejsce i za dwa tygodnie będę mogła powalczyć o lepszy wynik na półmaratonie w Krakowie.


Trasę oceniam na bardzo dobry. Praktycznie przez cały czas mieliśmy wyznaczony jeden pas jezdni. Kierowcy stojący na sąsiednim pasie o dziwo kibicowali zamiast narzekać, że przez nas stoją w korkach. Miła odmiana w porównaniu z Krakowem.
Dziękuję organizatorowi za umożliwienie startu z wózkiem, dzięki czemu mój mały Tomasz zdobył pierwszy w swoim życiu medal :) Tym razem biegł (jechał na wózku) z tatą i był na mecie tuż za mną.
To był pierwszy, ale na pewno nie ostatni start w Starym/ Nowym Sączu, zwłaszcza że to moje rodzinne strony. Bardzo polecam, opłata startowa w rozsądnej cenie, ciekawa i malownicza trasa, organizacja biegu bez zarzutu.

Kinga

poniedziałek, 25 września 2017

Perły Małopolski Kościelisko - 17 września 2017

Jak na razie to najlepszy start w tym sezonie. Jestem zadowolona z mojego wyniku 02:22:51 na dystansie 20,25 km (6 miejsce w kategorii K-30).
Trasa nie była jakaś szczególnie wymagająca, ale pogoda dała nam do wiwatu, bo na ostatnich kilku kilometrach dość intensywnie padał deszcz.



Tym razem głowa walczyła do końca, wbrew trudnym warunkom - zimny deszcz i błoto. Ten mały krążek wynagrodził wszystkie trudy i niedogodności :)


Co prawda nie obeszło się bez uszczerbku na zdrowiu i na prawie tydzień wypadłam z treningów, ale już powoli do nich wracam. Na przeziębienie najlepsze jest wyleżenie w łóżku i domowe metody babuni ;)
Już za kilka dni kolejne zawody, na których spróbuję powalczyć o życiówkę. Jest cel i jest motywacja!!

Kinga