Kolejny bieg zaliczony, tym razem wcale niełatwa trasa w Zawoi. Niby nie dużo, bo 13 kilometrów z hakiem, a jednak dały się we znaki... Profil trasy widziałam jeszcze przed startem i byłam psychicznie przygotowana na dwa podbiegi. Nieco gorzej było z przygotowaniem fizycznym, ale o tym za chwilę.
Pogoda dopisała, choć jak dla mnie było ciut za gorąco. Atmosfera na starcie jak zwykle pierwszorzędna. Spotkałam kilku znajomych z klubu, w którym kiedyś trenowałam.
Ustawiłam się blisko linii startu, razem z bratem i znajomym. Tym razem ruszyliśmy punktualnie, o dziwo, bo na Perłach jest zazwyczaj kilkuminutowa obsuwa. Narzuciłam sobie dość mocne tempo, ale mój organizm szybko ostudził moje zapędy. Około trzeciego kilometra zaczęły mnie boleć łydki. Były bardzo spięte i zastanawiałam się, czy nie zdjąć skarpet kompresyjnych. Myślę, że mój problem z łydkami wynika z tego, że nie trenuję podbiegów i na dłuższym dystansie mięśnie nie dają rady. Z tego wynika, że trzeba coś zmienić w treningach. Około piątego kilometra zaczęło mi się robić słabo i miałam mroczki przed oczami. O podbieganiu nie było mowy, to nie był nawet marsz, ale raczej próba przetrwania i walka z głową. Zastanawiałam się, czy ktoś obok widzi, co się ze mną dzieje i że zaraz zemdleję. Nikt nie zauważył, więc albo dobrze gram, albo jednak nie było ze mną aż tak źle... Jakimś cudem straczyło mi energii, żeby dotrzeć na szczyt. Chwilę pomaszerowałam i zaczęłam znowu biec, aż do stacji z wodą. Tam zjadłam batona i poczułam nagły przywływ energii. Właśnie tak działa cukier. Przebiegłam dość długi kawałek, aż do następnego podbiegu, który pokonałam energicznym marszem. A potem było już z górki. Znajomy, z którym startowałam podbiegł kilkaset metrów, żeby mnie wesprzeć na finiszu. Dziękuję Janusz, Twój uśmiech zawsze dodaje sił.
Ponownie przekonałam się o tym, jak ważne są odpowiednie treningi i dieta. Muszę nad tym popracować, szczególnie nad dietą, bo się ostatnio zaniedbywałam.
Mała uwaga do organizatora... jedna stacja z wodą na 13-kilometrowym odcinku przy takich warunkach pogodowych to jednak trochę za mało. Polecam przyjrzeć się, jak podobne zawody organizują inne kluby, na przykład Limanowski Forrest.
Tym razem jestem zadowolona z mojego wyniku - 1:50:20 h na dystnsie 13,2 km. Najważniejsze jest to, że znowu poczułam radość z biegania i mam motywację, żeby dalej trenować. Przez jakiś czas miałam wątpliwości, czy to w ogóle ma sens i czy kiedykolwiek wrócę do formy. Teraz wiem, że to możliwe. Muszę tylko zmienić mój tok myślenia z "nie dam rady" na "wszystko jest możliwe".
Kolejny start już w niedzielę - Kraków Business Run. Spróbuję moich sił w sztafecie i mam nadzieję, że nie zawiodę kolegów ;)
Kinga
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
wtorek, 4 lipca 2017
IX Bieg Górski Limanowa Forrest
To jeden z trudniejszych, moim zdaniem, biegów krótkodystansowych - choćby ze względu na profil trasy.
Specyfika Forresta polega na tym, że po starcie około pół kilometra biegnie się asfaltem, po zupełnie płaskim terenie, a potem zaczyna się długi, około dwu i pół kilometrowy podbieg. Druga część trasy jest z kolei w dół i tutaj przydaje się umiejętność zbiegania. Może właśnie dlatego ten bieg aż tak bardzo daje się we znaki. Dziś najbardziej czuję mięśnie czworogłowe, a naprężacz powiezi szerokiej aż woła o rolowanie.
Mam wrażenie, że w tym roku każdy mój start będzie walką o przetrwanie i dotarcie do mety. Tym razem winy za kiepską formę nie mogę zwalić na nieprzespaną noc. Za mało biegam i nie mam czasu na to, żeby odbudować wydolność. Na dodatek miałam problem z dietą i to był chyba "gwóźdź do trumny".
Dobiegłam do mety, a jakże, i to z uśmiechem na twarzy, ale sporo mnie to kosztowało. Podbieg był dla mnie w tym roku katastrofą i suma sumarum miałam o ponad pięć minut gorszy czas niż ten sprzed dwóch lat. Tym razem pogoda była idealna na zrobienie życiówki, a dwa lata temu z nieba lał się niemiłosierny żar.
Od wczoraj ostro wzięłam się za swoją dietę, bo niedojadanie nie doprowadzi do niczego dobrego. Stres stresem, ale jeść trzeba. Na szczęście ma mnie kto pilnować, więc myślę że szybko wrócę na właściwe tory.
Bardzo liczę na to, że mimo wszystko następnym razem będę mogła napisać o adrenalinie, rywalizacji i motywacji... jak za dawnych dobrych czasów...
Tymczasem muszę wykorzystać każdą wolną chwilę i biegać. Przede wszystkim muszę wydłużyć dystans i zacząć ćwiczyć siłe biegową, na przykład robiąc interwały na bieżni.
Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Najważniejsze, żeby się nie poddawać, bo jest o co powalczyć - satysfakcję na mecie.
Kinga
Specyfika Forresta polega na tym, że po starcie około pół kilometra biegnie się asfaltem, po zupełnie płaskim terenie, a potem zaczyna się długi, około dwu i pół kilometrowy podbieg. Druga część trasy jest z kolei w dół i tutaj przydaje się umiejętność zbiegania. Może właśnie dlatego ten bieg aż tak bardzo daje się we znaki. Dziś najbardziej czuję mięśnie czworogłowe, a naprężacz powiezi szerokiej aż woła o rolowanie.
Mam wrażenie, że w tym roku każdy mój start będzie walką o przetrwanie i dotarcie do mety. Tym razem winy za kiepską formę nie mogę zwalić na nieprzespaną noc. Za mało biegam i nie mam czasu na to, żeby odbudować wydolność. Na dodatek miałam problem z dietą i to był chyba "gwóźdź do trumny".
Dobiegłam do mety, a jakże, i to z uśmiechem na twarzy, ale sporo mnie to kosztowało. Podbieg był dla mnie w tym roku katastrofą i suma sumarum miałam o ponad pięć minut gorszy czas niż ten sprzed dwóch lat. Tym razem pogoda była idealna na zrobienie życiówki, a dwa lata temu z nieba lał się niemiłosierny żar.
Od wczoraj ostro wzięłam się za swoją dietę, bo niedojadanie nie doprowadzi do niczego dobrego. Stres stresem, ale jeść trzeba. Na szczęście ma mnie kto pilnować, więc myślę że szybko wrócę na właściwe tory.
Bardzo liczę na to, że mimo wszystko następnym razem będę mogła napisać o adrenalinie, rywalizacji i motywacji... jak za dawnych dobrych czasów...
Tymczasem muszę wykorzystać każdą wolną chwilę i biegać. Przede wszystkim muszę wydłużyć dystans i zacząć ćwiczyć siłe biegową, na przykład robiąc interwały na bieżni.
Nikt nie mówił, że będzie łatwo. Najważniejsze, żeby się nie poddawać, bo jest o co powalczyć - satysfakcję na mecie.
Kinga
sobota, 17 czerwca 2017
Perły Małopolski Wapienne - 11 czerwca 2017
Pierwszy raz w życiu miałam wątpliwości, czy dotrę do mety. Psychicznie nastawiłam się na trzy pętle, a w rzeczywistości były dwie i to mi chyba uratowało życie. Nikomu nie polecam startowania w jakichkolwiek zawodach po nieprzespanej nocy, nawet jeśli się nie nastawia na wynik. U mnie kryzys gonił kryzys. Początkowo trasa biegła asfaltem, słońce dość mocno przyświecało i dało mi się we znaki. Pierwszy podbieg był bardzo długi i byłam zadowolona, kiedy wybiegłam na prostą. To nie zmienia faktu, że kiedy dobiegłam do miejsca, w którym zaczynała się druga pętla, konałam ze zmęczenia. Miałam ochotę mordować i byłam na siebie zła za moją głupotę. Nie dość, że w nocy nie zmrużyłam oka, to na dodatek nie byłam kondycyjnie przygotowana do takich podbiegów. Drugi mnie prawie załatwił i wiedziałam, że mam marne szanse na zrobienie trzeciej pętli. Po wybiegnięciu na prostą posłuszeństwa zaczęły odmawiać mięśnie. Pokutował brak wybiegania na dłuższych dystansach. Musiałam maszerować tam, gdzie w normalnych okolicznościach mogłabym biec. I tak kilka kilometrów na zmianę szłam i biegłam. Gdzieś około 9 kilometra zrozumiałam, że nie ma trzeciej pętli. Nadal biegliśmy grzbietem góry, a żeby zmieścić kolejne okrążenie w 5 kilometrach, już musielibyśmy zbiegać. Wiatr w żaglach poczułam dopiero na zbiegu, czyli około 11 kilometra. Wiedziałam, że jednak dotrę do mety, że dam radę i... że nigdy więcej...
Starałam się obserwować swoje tętno, specjalnie po to wzięłam pulsometr. Wiedziałam, kiedy muszę zwolnić, żeby wyrównać oddech. Ostatnia rzecz jakiej potrzebowałam, to bezdech i zakwaszenie mięśni.
Ten start dużo mnie nauczył, więcej niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Po pierwsze- regeneracja, po drugie- nic na siłę, trzeba wiedzieć kiedy odpuścić (mogłam się przepisać na krótki dystans), po trzecie- nie robi się treningu siłowego na dzień przed startem, nie po tak długiej przerwie w bieganiu, po czwarte- założyłam sobie zbyt ambitne cele i będzie ciężko sprostać wyzwaniom, no chyba że jakimś cudem wygospodaruję czas na treningi.
Jakby nie było, jestem dumna z tego, że po pokonaniu 14,7 km w czasie 1 godziny 52 minut, jednak udało mi się dobiec (nie dojść) do mety. I chyba nawet się uśmiechałam ;) Czy jestem z siebie zadowolona? Biorąc pod uwagę wcześniejsze osiągnięcia, raczej średnio, ale z drugiej strony czego mogłam się spodziewać? Czy wystartuję w kolejnych zawodach? Tak i to nie dlatego, że są zapłacone. Po prostu nie wolno się poddawać. Cokolwiek sobie myślałam biegnąc wtedy pod górę i przez las, dziś nie ma to znaczenia. Liczy się to, że była meta i jest medal :)
Jedno jest pewne. Przed kolejnymi zawodami opiekę nad dzieckiem powierzam tatusiowi i grzecznie idę spać. Będę mega zadowolona, jeśli uda mi się pobiegać chociaż trzy razy w tygodniu. Zobaczymy, na ile będzie to realne.
Następny start na początku lipca - Limanowa Forrest. Ten potraktuję stricte treningowo przed kolejnymi Perłami w sierpniu.
Kinga
Starałam się obserwować swoje tętno, specjalnie po to wzięłam pulsometr. Wiedziałam, kiedy muszę zwolnić, żeby wyrównać oddech. Ostatnia rzecz jakiej potrzebowałam, to bezdech i zakwaszenie mięśni.
Ten start dużo mnie nauczył, więcej niż wszystkie poprzednie razem wzięte. Po pierwsze- regeneracja, po drugie- nic na siłę, trzeba wiedzieć kiedy odpuścić (mogłam się przepisać na krótki dystans), po trzecie- nie robi się treningu siłowego na dzień przed startem, nie po tak długiej przerwie w bieganiu, po czwarte- założyłam sobie zbyt ambitne cele i będzie ciężko sprostać wyzwaniom, no chyba że jakimś cudem wygospodaruję czas na treningi.
Jakby nie było, jestem dumna z tego, że po pokonaniu 14,7 km w czasie 1 godziny 52 minut, jednak udało mi się dobiec (nie dojść) do mety. I chyba nawet się uśmiechałam ;) Czy jestem z siebie zadowolona? Biorąc pod uwagę wcześniejsze osiągnięcia, raczej średnio, ale z drugiej strony czego mogłam się spodziewać? Czy wystartuję w kolejnych zawodach? Tak i to nie dlatego, że są zapłacone. Po prostu nie wolno się poddawać. Cokolwiek sobie myślałam biegnąc wtedy pod górę i przez las, dziś nie ma to znaczenia. Liczy się to, że była meta i jest medal :)
Jedno jest pewne. Przed kolejnymi zawodami opiekę nad dzieckiem powierzam tatusiowi i grzecznie idę spać. Będę mega zadowolona, jeśli uda mi się pobiegać chociaż trzy razy w tygodniu. Zobaczymy, na ile będzie to realne.
Następny start na początku lipca - Limanowa Forrest. Ten potraktuję stricte treningowo przed kolejnymi Perłami w sierpniu.
Kinga
sobota, 10 czerwca 2017
Skąd się wziął mój "eating disorder" i co mnie motywuje
Jutro kolejny start - Perły Małopolski w Wapiennym. Nie mogę powiedzieć, żebym była jakoś specjalnie przygotowana do tego biegu. Można sobie zaplanować to i tamto, a w rzeczywistości zawsze wychodzi inaczej...
W ciągu ostatnich trzech tygodni nie brakowało mi chwil zwątpienia i rezygnacji. Nie poddałam się tylko dlatego, że miałam nad sobą bata. Z resztą nie wiem, czy mogę pisać, że się nie poddałam, bo tak naprawdę to gdyby nie mój facet i jego "idź poćwiczyć", to pewno bym odpuściła...
Nie jest łatwo. Często jestem niewyspana i zmęczona. Od jakiegoś czasu zmagamy się z kolką niemowlęcą. Mamy za sobą przeprowadzkę (powrót do Krakowa) i jesteśmy w trakcie remontu mieszkania. Czasem wydaje mi się, że Spartanka, która kiedyś osiągała całkiem niezłe wyniki w sporcie to była jakaś inna osoba, że to nie mogłam być ja.
A jednak nadal jestem aktywna. Wiem, że byłabym na siebie zła, gdybym niczego nie robiła i nawet te 50 minut ćwiczeń z Mel B potrafi uratować mój dzień. Nawet jeśli robię coś, czego się nie powinno robić, czyli trenuję na zmęczeniu i bez regeneracji, wiem że w tej chwili nie może być inaczej. Kiedyś podczas treningu miałam wrażenie, że biegnę śpiąc. Każdy krok był mega udręką, miałam ochotę rozpłakać się i pójść do domu, ale przebiegłam te kilka kilometrów. Każda forma ruchu w każdej wolnej chwili jest ważna. Powtarzam sobie, że to jest etap przejściowy, że będzie lepiej jak mały podrośnie i to mi dodaje sił.
Wiem, że byłoby ze mną bardzo kiepsko, gdybym całkowicie zrezygnowała ze sportu. Od nastu lat mam przed oczami wizję utytej mnie... Skąd to się wzięło? Moja mama sporo przytyła w ciąży i późniejszym okresie. Często słyszałam, że nadwagę mamy w genach i choćbym nie wiem co robiła, to i tak mnie nie ominie. Na moje własne nieszczęście potrafię sobie wszystkiego odmówić jeśli tylko chcę, a to się może niestety bardzo źle skończyć. I pewno gdyby nie to, że karmię piersią, to byłabym teraz na jakiejś "restrykcyjnej" diecie bez węglowodanów. Ale że muszę dbać o takiego małego człowieczka, jem w miarę normalnie. No chyba, że mam jakiś stres, wracam wtedy do punktu wyjścia i gdyby nie upomnienia najbliższych, to pewno bym nic nie jadła.
Kiedyś wszystko opierało się na prostym stwierdzeniu "ćwiczę, żeby nie utyć". Dziś jestem aktywna, żeby nie zwariować i żeby mieć lepszą kondycję. Ważę 63,5kg i jest mi z tym dobrze. W zasadzie niczego sobie nie odmawiam i jem to co lubię, na przykład masło orzechowe ;-)
Wiadomo, że w tym roku mogę zapomnieć o jakiś świetnych wynikach, ale nie rezygnuję. Wiem, że jutro nie będzie łatwo. Przede mną jakieś 15 km, treningowo biegam zazwyczaj około 7 km... Oby pogoda dopisała, czytaj... oby nie było upału.
Mała Fasolka (hm, już nie taka mała...) będzie mi kibicować i to jest chyba najlepsza z możliwych motywacji.
Kinga
W ciągu ostatnich trzech tygodni nie brakowało mi chwil zwątpienia i rezygnacji. Nie poddałam się tylko dlatego, że miałam nad sobą bata. Z resztą nie wiem, czy mogę pisać, że się nie poddałam, bo tak naprawdę to gdyby nie mój facet i jego "idź poćwiczyć", to pewno bym odpuściła...
Nie jest łatwo. Często jestem niewyspana i zmęczona. Od jakiegoś czasu zmagamy się z kolką niemowlęcą. Mamy za sobą przeprowadzkę (powrót do Krakowa) i jesteśmy w trakcie remontu mieszkania. Czasem wydaje mi się, że Spartanka, która kiedyś osiągała całkiem niezłe wyniki w sporcie to była jakaś inna osoba, że to nie mogłam być ja.
A jednak nadal jestem aktywna. Wiem, że byłabym na siebie zła, gdybym niczego nie robiła i nawet te 50 minut ćwiczeń z Mel B potrafi uratować mój dzień. Nawet jeśli robię coś, czego się nie powinno robić, czyli trenuję na zmęczeniu i bez regeneracji, wiem że w tej chwili nie może być inaczej. Kiedyś podczas treningu miałam wrażenie, że biegnę śpiąc. Każdy krok był mega udręką, miałam ochotę rozpłakać się i pójść do domu, ale przebiegłam te kilka kilometrów. Każda forma ruchu w każdej wolnej chwili jest ważna. Powtarzam sobie, że to jest etap przejściowy, że będzie lepiej jak mały podrośnie i to mi dodaje sił.
Wiem, że byłoby ze mną bardzo kiepsko, gdybym całkowicie zrezygnowała ze sportu. Od nastu lat mam przed oczami wizję utytej mnie... Skąd to się wzięło? Moja mama sporo przytyła w ciąży i późniejszym okresie. Często słyszałam, że nadwagę mamy w genach i choćbym nie wiem co robiła, to i tak mnie nie ominie. Na moje własne nieszczęście potrafię sobie wszystkiego odmówić jeśli tylko chcę, a to się może niestety bardzo źle skończyć. I pewno gdyby nie to, że karmię piersią, to byłabym teraz na jakiejś "restrykcyjnej" diecie bez węglowodanów. Ale że muszę dbać o takiego małego człowieczka, jem w miarę normalnie. No chyba, że mam jakiś stres, wracam wtedy do punktu wyjścia i gdyby nie upomnienia najbliższych, to pewno bym nic nie jadła.
Kiedyś wszystko opierało się na prostym stwierdzeniu "ćwiczę, żeby nie utyć". Dziś jestem aktywna, żeby nie zwariować i żeby mieć lepszą kondycję. Ważę 63,5kg i jest mi z tym dobrze. W zasadzie niczego sobie nie odmawiam i jem to co lubię, na przykład masło orzechowe ;-)
Wiadomo, że w tym roku mogę zapomnieć o jakiś świetnych wynikach, ale nie rezygnuję. Wiem, że jutro nie będzie łatwo. Przede mną jakieś 15 km, treningowo biegam zazwyczaj około 7 km... Oby pogoda dopisała, czytaj... oby nie było upału.
Mała Fasolka (hm, już nie taka mała...) będzie mi kibicować i to jest chyba najlepsza z możliwych motywacji.
Kinga
poniedziałek, 22 maja 2017
Perły Małopolski w Szczawnicy - 21 maja 2017
Mam za sobą pierwszy start w tym sezonie, na początek na dość krótkim, bo 4-kilometrowym dystansie. Jestem zadowolona z wyniku. Biorąc pod uwagę, że zrobiłam tylko kilka treningów w płaskim terenie, całkiem nieźle dałam sobie radę na podbiegach. Nie miałam zadyszki ani kolki. Najważniejsze chyba jest to, że ani przez chwilę nie zwątpiłam w siebie, nawet wtedy, kiedy wiatr wiał mi prosto w twarz i trudniej się biegło.
Wychodzi na to, że istnieje nie tylko pamięć mięśniowa, ale też wydolnościowa, bo nie spodziewałam się tak dobrego wyniku... Mój organizm jakby sam przełączył się w tryb rywalizacji. Pamiętałam o tym, żeby zbiegać na lekko ugiętych nogach i to też zadziałało na moją koszyść. Dobrze jest czasem posłuchać rad bardziej doświadczonych biegaczy... dziękuję Janusz :)
Adrenalina dała o sobie znać i długo nie mogłam zasnąć. Bardzo mi tego brakowało przez kilka ostatnich miesięcy i już nie mogę się doczekać kolejnego startu - już za 3 tygodnie w Wapiennym w Magurach.
Czy może być coś piękniejszego od biegania? ;)
Kinga
Wychodzi na to, że istnieje nie tylko pamięć mięśniowa, ale też wydolnościowa, bo nie spodziewałam się tak dobrego wyniku... Mój organizm jakby sam przełączył się w tryb rywalizacji. Pamiętałam o tym, żeby zbiegać na lekko ugiętych nogach i to też zadziałało na moją koszyść. Dobrze jest czasem posłuchać rad bardziej doświadczonych biegaczy... dziękuję Janusz :)
Adrenalina dała o sobie znać i długo nie mogłam zasnąć. Bardzo mi tego brakowało przez kilka ostatnich miesięcy i już nie mogę się doczekać kolejnego startu - już za 3 tygodnie w Wapiennym w Magurach.
Czy może być coś piękniejszego od biegania? ;)
Kinga
sobota, 20 maja 2017
Trening czyni mistrza
Poniżej podsumowanie moich przygotowań do pierwszego startu w tym roku...
i krótka historia obrazkowa o tym jak wrócić do formy po ciąży... ;)
Kinga
i krótka historia obrazkowa o tym jak wrócić do formy po ciąży... ;)
Kinga
piątek, 19 maja 2017
Test nowego nabytku - Mizuno Wave Sayonara 3
Po kilkumiesięcznej przerwie w bieganiu przyszedł czas na odświeżenie "garderoby", głównie butów. Moje Asics'y są już dosyć wyświechtane... swoje zrobiły i mogą przejść na zasłużoną emeryturę ;)
W sklepie Dotsport w Krakowie trafiłam na przedstawiciela firmy Mizuno i dałam się namówić na zakup modelu Wave Sayonara 3.
Informacja od producenta:
- waga 210 g (damski),
- daje odczucie lekkiego biegu w świetnie amortyzujących butach,
- stawia na bardziej treningowe i codzienne użytkowanie,
- udoskonalona cholewka daje lepsze trzymanie śródstopia,
- zawiera piankę U4iC, która w unikalny sposób pochłania drgania i amortyzuje stopę,
- technologia SmoothRide umożliwia lepsze przetaczanie stopy podczas biegu.
Buty zdążyłam już przetestować i jak na razie jestem z nich bardzo zadowolona. Używam ich stricte treningowo i przede mną jest jeszcze jeden zakup - buty startowe, ale z tym mogę poczekać do września.
Wymyślam coraz to nowsze trasy biegowe, żeby nie było nudno. Staram się przebiec od 7,5 do 10 km. Na dłuższe wybiegania przyjdzie jeszcze czas. Na razie powoli udaje mi się schodzić poniżej 6 min na km, ale czuję że wydolnościowo jestem jeszcze słaba. Za to nie mogę narzekać na brak siły w mięśniach, tak jakbym w ogóle nie miała przerwy w bieganiu.
Jedyne wyzwanie na ten moment to zgranie treningów z karmieniem dziecka, ale pomału ogarniam temat. Są wzloty i upadki, ale staram się nie poddawać. Nieoceniona jest pomoc bliskich, zwłaszcza babci, która godzi się na godzinę zostać z maleństwem ;)
Kinga
środa, 17 maja 2017
Rower wyprowadzony na spacer
Pogoda sprzyja, więc trzeba było wykorzystać okazję i pojeździć na rowerze. Nie samym bieganiem i wzmacnianiem żyje człowiek ;)
Dziś krótko, bo zaledwie 8 km, ale po tak długiej przerwie lepiej nie ryzykować bólu pośladków przez następne kilka dni.
Zakupiony dawno temu sprzęt świetnie się sprawdza i to jest najważniejsze.
Przede mną jeszcze krótki trening biegowy, jeśli mały na to pozwoli ;)
Kinga
Dziś krótko, bo zaledwie 8 km, ale po tak długiej przerwie lepiej nie ryzykować bólu pośladków przez następne kilka dni.
Zakupiony dawno temu sprzęt świetnie się sprawdza i to jest najważniejsze.
Przede mną jeszcze krótki trening biegowy, jeśli mały na to pozwoli ;)
Kinga
niedziela, 14 maja 2017
Dlaczego warto ćwiczyć mięśnie brzucha?
Choćby po to, żeby szybko wrócić do formy po urodzeniu dziecka...
Prawy dolny róg - 37 tydzień ciąży, góra - 5 dni po porodzie, lewy dolny róg - miesiąc po porodzie.
Jest lepiej niż się spodziewałam :)
Kinga
czwartek, 11 maja 2017
Dyszka pękła
Założony cel został osiągnięty. Udało mi się przebiec 10 km, może nie w jakimś rewelacyjnym tempie, ale nie to jest teraz najważniejsze. Liczą się chęci i motywacja, forma przyjdzie z czasem ;)
Pierwsze 4 kilometry były tragiczne. Już zdążyłam zapomnieć o tym, że jestem długodystansowcem i rozgrzewam się dopiero po kilku kilometrach. Za to ostatnie 2 biegło mi się już naprawdę fajnie, prawie jak za starych dobrych czasów...
Za tydzień mój pierwszy start w tym roku - Perły Małopolski w Szczawnicy. Przede wszystkim liczę na dobrą zabawę, bo na jakiś super dobry wynik na razie nie mam co liczyć. Muszę się uzbroić w cierpliwość.
Na razie spróbuję swoich sił na krótkim i niewymagającym dystansie. Poprzeczkę podnoszę sobie dopiero w połowie czerwca, a ukoronowaniem tegorocznych startów mają być biegi na dystansie półmaratonu.
Kinga
Pierwsze 4 kilometry były tragiczne. Już zdążyłam zapomnieć o tym, że jestem długodystansowcem i rozgrzewam się dopiero po kilku kilometrach. Za to ostatnie 2 biegło mi się już naprawdę fajnie, prawie jak za starych dobrych czasów...
Za tydzień mój pierwszy start w tym roku - Perły Małopolski w Szczawnicy. Przede wszystkim liczę na dobrą zabawę, bo na jakiś super dobry wynik na razie nie mam co liczyć. Muszę się uzbroić w cierpliwość.
Na razie spróbuję swoich sił na krótkim i niewymagającym dystansie. Poprzeczkę podnoszę sobie dopiero w połowie czerwca, a ukoronowaniem tegorocznych startów mają być biegi na dystansie półmaratonu.
Kinga
środa, 10 maja 2017
Powrót do biegnia
Powrót do treningów biegowych po 8 miesiącach przerwy nie jest łatwy, mimo że przez cały ten czas byłam w miarę aktywna. Zaczęłam w zeszły piątek. Na początek postanowiłam zrobić jedną pętlę, czyli niewiele ponad 4 km. Dwa dni później udało mi się zwiększyć dystans do 6 km, a wczoraj przebiegłam prawie 8,5 km, z tym że momentami musiałam iść... Myślę, że powoli uda mi się wrócić do formy sprzed ciąży.
Za pierwszym i drugim razem biegło mi się dość ciężko. Czułam jak bardzo pospinane mam mięśnie. Wczorajszy dystans to niewątpliwie zasługa tego, że dzień wcześniej "zrolowałam" mięśnie. Fakt jest taki, że połowa sukcesu każdego treningu to właściwy stretching.
Jutro spróbuję złamać dyszkę. Zobaczymy, czy się uda ;)
Kinga
Za pierwszym i drugim razem biegło mi się dość ciężko. Czułam jak bardzo pospinane mam mięśnie. Wczorajszy dystans to niewątpliwie zasługa tego, że dzień wcześniej "zrolowałam" mięśnie. Fakt jest taki, że połowa sukcesu każdego treningu to właściwy stretching.
Jutro spróbuję złamać dyszkę. Zobaczymy, czy się uda ;)
Kinga
piątek, 5 maja 2017
Trenuję z Mel B
Mniej więcej od tygodnia urozmaicam sobie treningi ćwiczeniami z Mel B. Jej 10- minutowe zestawy ćwiczeń są całkiem niezłe i z autopsji wiem, że przynoszą efekty. Od przyszłego tygodnia zamierzam zacząć treningi siłowe z prawdziwego znaczenia. Tymczasem polecam te zestawy ćwiczeń:
Mel B - 20 minutowy trening całego ciała
Mel B - 15 minutowy trening cardio
Mel B 10 minutowy trening ramion
Mel B 10 minutowy trening klatki piersiowej i pleców #6
Mel B - 10 minutowy trening brzucha
Mel B 10 minutowy trening pośladków
Mel B - trening ABS
Wystarczy pół godziny dziennie, żeby powoli zacząć wracać do formy.
Kinga
Mel B - 20 minutowy trening całego ciała
Mel B - 15 minutowy trening cardio
Mel B 10 minutowy trening ramion
Mel B 10 minutowy trening klatki piersiowej i pleców #6
Mel B - 10 minutowy trening brzucha
Mel B 10 minutowy trening pośladków
Mel B - trening ABS
Wystarczy pół godziny dziennie, żeby powoli zacząć wracać do formy.
Kinga
piątek, 28 kwietnia 2017
Dziecko śpi, a mama ćwiczy...
Przygotowałam sobie poporodowy plan treningowy, bo od czegoś trzeba zacząć. Mile zaskoczyło mnie to, że po prawie 9 miesiącach przerwy w treningach udało mi się przez dwie minuty utrzymać plank'a. Na razie nie robię przysiadów i wykroków. Dam sobie jeszcze z tydzień, a potem spróbuję, na razie bez obciążenia.
Przytyłam w ciąży 10 kilogramów, ale już mi się udało zrzucić ten zbędny balast. Myślę, że za kilka tygodni będę w całkiem niezłej formie. Wiadomo, że lepiej się biega bez dodatkowych kilogramów.
Nie mogę się doczekać, kiedy będę mogła potrenować bieganie z moim maleństwem i wypróbować zakupiony specjalnie w tym celu sprzęt ;)
Mamy taki zamiar, żeby pobiec razem w Krakowskim Biegu Sylwestrowym. Czas pokaże, czy uda nam się go zrealizować :)
Kinga
Subskrybuj:
Posty (Atom)



